sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 2

Znowu miałam ten okropny koszmar.
         Znalazłam się w jakimś okropnie ciemnym miejscu. Jedyne źródło światła znajdowało się kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt metrów ode mnie. Było niewyraźne. Szłam w jego stronę. Miałam nadzieję, że znajdę tam kogoś, kto wytłumaczy mi, gdzie jestem i co się tu dzieje. W końcu znalazłam się obok źródła światła, którym okazała się być świeca. Było tam zimno, więc przyłożyłam do niej ręce, żeby się ogrzać. Po chwili lodowaty powiew wiatru zgasił świecę. Stałam tam sama, w ciemności. Przynajmniej tak myślałam. Świeca ponownie zapłonęła, tylko że tym razem płomień był o wiele słabszy. Coś, a raczej ktoś, przemknął obok mnie. Starałam się zatuszować strach. Nie wierzyłam własnym oczom. Zobaczyłam trzy okropne stwory. Trudno było powiedzieć, kim są, ponieważ ich ciała przykrywały czarne materiały. Jedyne, co nie było zasłonięte to ich ręce. Okropne, kościste, przerażające ręce. Byłam okropnie przerażona. Czego one (lub oni) ode mnie chcą? Raczej nie uraziłam żadnego ducha, a tym bardziej kościotrupa. Po chwili odważyłam się coś powiedzieć.
-Czego ode mnie chcecie?- jęknęłam.
No co? Nic lepszego nie mogłam wymyśleć.
Nic. Głucha cisza. Zero odpowiedzi. Poczekałam jeszcze chwilę.
-Strzeż się- odpowiedziały chórem.
-Co? Czego mam się strzec?- zapytałam przerażona.
Grobowa cisza. Tak bardzo chciałam poznać odpowiedź, a zarazem tak bardzo się jej bałam.
-Strzeż się….. Łowcy….- odpowiedziały mrożącym krew w żyłach głosem.
-Co?!... Kto to ten Łowca?!
         Nie dostałam odpowiedzi. Świeca zgasła. Miałam mętlik w głowie. Kim one były? I o co chodziło z tym, że mam się strzec Łowcy? Kim on w ogóle jest?
         DRRRYŃ!
Dzięki Bogu. To był tylko sen. O co tam chodziło?
         Zegarek wskazał godzinę siódmą. Miałam więc tylko pół godziny do odjazdu autobusu. Jeżeli tym razem się spóźnię rodzice mnie zabiją. Dobra, przestaje już ględzić i idę się uszykować. Jak zwykle założyłam swoje ulubione ciuchy i zbiegłam po schodach. W pośpiechu zjadłam tost z dżemem, wzięłam plecak i wybiegłam z domu w stronę przystanku. Na szczęście zdążyłam.
A więc tak. Minął już tydzień odkąd Will Carter pojawił się w naszej szkole. Na każdej lekcji siedzi ze mną, a to wszystko dzięki panu Murphy. Ja i Will nie rozmawiamy ze sobą. Chyba lepiej byłoby, gdybym siedziała sama. Miałabym dużo miejsca, a co najważniejsze nikt nie gapiłby się na mnie przez cały czas, uważnie obserwując każdy, nawet najmniejszy ruch.
Weszłam do szkoły i zobaczyłam tłum ludzi. Prawie wszystkie osoby były z mojej klasy. Inne znałam tylko z widzenia. Wszyscy wpatrywali się w coś ze zdziwieniem, większość wybuchała śmiechem. W środku zgromadzonych stała Ashley Price. No tak kto inny mógłby stać w środku tłumu. Byłam ciekawa, co wymyśliła tym razem, żeby kogoś upokorzyć. Podeszłam bliżej. Nie mogłam uwierzyć. Ashley trzymała w ręku mój szkicownik. Skąd ona go wzięła?! Przecież miałam go w torbie. Musiałam sprawdzić. Nie było go tam! Muszę jak najszybciej go odzyskać. Pewnie cała szkoła widziała już wszystkie rysunki ale i tak muszę go odzyskać. Wepchnęłam się w sam środek tłumu. Powoli traciłam panowanie nad sobą. Najpierw ten sen a teraz to. Podbiegłam do Ashley i wyrwałam szkicownik z jej rąk.
-Skąd go wzięłaś?!-krzyknęłam.
-To nie twoja sprawa. Mogłaś pilnować swoich rzeczy- odpowiedziała dziewczyna.
         Już sama nie wiem co się ze mną działo. Byłam okropnie zła. Czułam ogromną siłę. Już wiele razy uprzykrzała mi życie, ale tym razem już przegięła. Miałam jej serdecznie dosyć. Powstrzymywałam się, żeby jej nie walnąć. Patrzyłam się centralnie na nią z ogromną złością, jakby to miało mi pomóc. Myślałam chyba, że od mojego wzroku wybuchnie jej głowa, zniknie na dobre albo coś takiego. Zacisnęłam pięści. Kątem oka zobaczyłam Willa. Patrzył się w moją stronę. Był blady i wyglądał jakby zobaczył potwora. Szedł w naszą stronę. Czułam jakby coś się we mnie gotowało. Już miałam coś zrobić, ale właśnie w tej chwili Will stał przy mnie.
-Rose, lepiej chodź już- powiedział wciąż tak samo blady jak jeszcze przed chwilą.
         Pojawił się akurat w tej chwili, w której miałam uderzyć Ashley w te jej twarz. Nigdy ze mną nie rozmawiał a teraz musiał mnie wyciągnąć od Ashley. Nic nie rozumiem.
-O co ci chodzi?!- powiedziałam rozzłoszczona.
-Później ci to wytłumaczę- powiedział zamyślony.

Nie było sensu się z nim sprzeciwiać. Poszłam z nim na lekcje. Jego twarz już nie była tak blada jak jeszcze przed chwilą, ale zauważyłam, że przyglądał mi się jeszcze dokładniej i z większą ostrożnością niż zazwyczaj.

3 komentarze:

  1. Super czekam na następny rozdział weny życzę ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Myśle, ze nastepnym razem będzie dłuższy. Dzieki ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ulala *u*
    Piękny rozdział :)))
    Czytam dalej :3
    Weny życzę :*

    OdpowiedzUsuń