piątek, 23 stycznia 2015

Rozdział 4

    Szliśmy alejką w parku. Nie rozmawialiśmy ze sobą. Przez te pare chwil między nami stworzyła się niewidzialna bariera, przez którą żadne z nas nie próbowało się przedostać.
Po kilku minutach skręciliśmy w alejkę, której jeszcze nigdy nie widziałam. A może nie zwracałam na nią szczególnej uwagi? Wszystko jedno. Chyba mi się wydawało, ale droga stawała się coraz ciemniejsza.
Wśród liści i gałęzi zauważyłam pewien budynek. Był to ogromny piętrowy dom. Przez chwilę wpatrywałam się w niego. Chyba tam zmierzaliśmy.
Gdy znaleźliśmy się blisko budynku, Jake odezwał się:
-Jesteśmy na miejscu.
Nic nie mówiłam. Kątem oka patrzyłam na Jake’a. Wydawał się być zdenerwowany.
-Czy coś jest nie tak?- spytał.
            Nie odpowiadałam. Patrzyłam przed siebie. Bałam się. Tak. Dobrze usłyszeliście. Bałam się, ponieważ od kilku lat nie odwiedzałam nikogo.
            Jake patrzyła na mnie i chyba chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Widział, że jestem zmieszana. Przyszłam tu dlatego, że nalegał, a poza tym miał mi powiedzieć, o co mu chodziło. Jestem inna. To wiedziałam. Miałam przywidzenia, a od niedawna męczyły mnie te dziwne sny. Chciałam dowiedzieć się, co jest za tym ukryte.
            Drzwi otworzyły się i weszliśmy. Stałam teraz w wielkim, pięknym holu. Był dwa razy większy od mojego pokoju. Po lewej stronie, na ścianie, wisiało duże lustro, a pod nim stała mała komoda, która pewnie miała służyć w celach dekoracyjnych. Po jej obu stronach stały doniczki, a w nich rośliny, które według mnie wyglądały jak paprotki. Nie wiem, jakie to rośliny. Nie jestem zbyt dobra w ich rozpoznawaniu.
            Po prawej stronie holu stały wielkie, dębowe drzwi. Myślałam, co się za nimi kryje.
-Zaraz wracam. Poczekaj tu chwilę- powiedział Jake.
-Dobrze- odpowiedziałam.
            Po chwili zniknął za drzwiami.
            W tym czasie przyglądałam się fotografiom wiszącym na ścianie. Na jednej z nich zauważyłam znajomą twarz. Zastanawiałam się, kto to, ale po chwili już wiedziałam.
            Na zdjęciu widoczny był mały Jake. Wyglądał słodko. Miał te same przenikliwe brązowe oczy. Bardzo skupione, z tym samym błyskiem, który znam z naszego pierwszego spotkania. Na zdjęciu stał obok jakiejś kobiety. Była do niego bardzo podobna. Pewnie to była jego matka.
            Nagle Jake zjawił się, wyrywając mnie z zamyślenia.
-Chodź za mną- powiedział.
            Weszliśmy po schodach. Przeszliśmy długim korytarzem. Widziałam, że był zdenerwowany.
-Co się stało?- zapytałam.
            Popatrzyła na mnie i wyraz jego twarzy się zmienił. Uspokoił się.
-Nic- odpowiedział. Widział, że wciąż na niego patrzyłam- Naprawdę. Wszystko okay.
            Otworzył drzwi i znaleźliśmy się w jego pokoju. Ściany były koloru kawowego. Przy jednej z nich stało łóżko. Po drugiej stronie stało biurko a na nim laptop. Chyba był niedawno używany. Nikt go nie zamknął.
            Pokój był nieduży, ale przestronny. Na ścianach (o dziwo) nie wisiały żadne plakaty, np. z ulubionym zespołem, sportowcem, jak u większości nastolatków. Zamiast tego były tak trzy obrazy, połączone ze sobą, tworzące jeden ogromny. Był o wiele ładniejszy od mojego pokoju.
            Po chwili zauważyłam, że brązowe, pełne niepokoju oczy Jake’a spoglądały na mnie. Odwzajemniłam spojrzenie. Chłopak nie opuścił wzroku i ja też tego nie zrobiłam. Przez kilka chwil patrzyliśmy się na siebie w milczeniu.
            Nagle jego twarz zmieniła wyraz. Nie był szczęśliwy, jak jeszcze przed chwilą, ale wyglądał, jakby się bał i denerwował.
-Co się dzieje?- zapytałam.
-Ciągle nie mogę się przyzwyczaić do tego, że uwolniłaś mnie- powiedział. Po chwili zamyślenia dodał- Nie wiem jak ci za to podziękować.
- Nie musisz dla mnie nic robić, ani dziękować. To nic takiego. Wiele razy mówiłam ci to- odpowiedziałam.
- No tak, ale gdyby nie ty, to nadal siedziałbym w tym okropnym lochu- mówił- Nikt nie pomógłby mi.
- To był tylko sen. To tylko zbieg okoliczności- próbowałam mu wytłumaczyć.
-Chyba w końcu powinienem ci powiedzieć, o co tak naprawdę chodzi- tłumaczył. Wiedziałam, że nie jest mu łatwo, ale próbował.- Tylko obiecaj, że się nie wystraszysz, ani nie weźmiesz mnie za wariata.
            Nie wiedziałam, o co chodzi, ale skinęłam głową na znak, że się zgadzam.
- Na świecie są ludzie normalni, czyli tacy, którzy przejmują się tylko rzeczami przyziemnymi- tłumaczy.- Ale są też ludzie z niezwykłymi umiejętnościami. To są takie osoby jak ty i ja. Nazywają nas Naznaczonymi. Ta nazwa jest o wiele lepsza od innych. Niektórzy nazywają nas przeklętymi lub zagubionymi. Zresztą to nieważne. To, co widzimy w snach prawie zawsze jest prawdą.
-Ale dlaczego jesteśmy inni? Tylko ze względu na sny?- pytam.
-Nie… nie o to chodzi Możemy więcej, niż ci się zdaje. Trudno to tak po prostu wyjaśnić.- zastanowił się przez chwilę, po czym dodał- Kojarzysz żywioły?
- Chodzi ci o to; ziemia, woda, wiatr, ogień?- zapytałam.
- Tak… to teraz wyobraź sobie, że ludzie mogą kontrolować żywioły. Właśnie na tym polega nasza moc- wyjaśnił.
-Nie… To nie możliwe. To nieprawda- mówiłam.
            Byłam okropnie zmieszana i wystraszona. Nie wiedziałam, o co w tym chodzi i chyba nie chciałam wiedzieć więcej.
            Podeszłam do drzwi i wyszłam. Zbiegłam po schodach. Stałam w holu przed drzwiami wyjściowymi. Miałam już chwycić za klamkę, ale czyjaś ręka trzymała mnie i nie chciała puścić.
-Proszę- usłyszałam za sobą- Daj mi to sobie wytłumaczyć. Pokażę ci to, co umiem. Jeżeli po tym będziesz chciała odejść, to proszę bardzo. Nie zatrzymam cię, ale daj mi szansę.
            Myślałam o tym przez chwilę, po czym podjęłam decyzję.
-Dobra masz ostatnią szansę, żeby mi to wytłumaczyć.
-Chodź za mną- powiedział.
            Wyszliśmy z domu i poszliśmy w stronę lasu. Po chwili byliśmy na miejscu. Staliśmy nad małym jeziorkiem. Nie mogłam się powstrzymać, więc zapytałam:
- Jaki jest twój żywioł?
            Spojrzał na mnie i po chwili odpowiedział:
-Woda, ale teraz to nie jest najważniejsze. Ciągle zastanawiam się, jaki jest twój.
            Przez cały czas uważałam to za głupi żart. Dałam mu jednak szansę.
            Podszedł bliżej wody i nagle wyraz jego twarzy zmienił się na bardzo skupiony.
            Patrzyłam, jak jego ręce powoli się podnosiły, jakby pod wpływem ogromnego ciężaru. Przez chwilę nic się nie działo.
            Po pewnym czasie woda podniosła się w wielki słup. Chwilę później zamienił się w węża zrobionego z wody, plączącego się w powietrzu wokół nas. Potem jednak zmienił się w wielką kroplę wody, lewitującą nad rękami Jake’a.
-To niemożliwe- powiedziałam zszokowana.
            Jake podszedł do mnie z kroplą w dłoniach i powiedział:
- To wszystko jest prawdą. Nie bój się.
            W jednej chwili kropla zamieniła się w przepiękną wodną różę. Mieniła się kolorami tęczy. Nie mogę uwierzyć, że to wszystko dzieję się naprawdę.
            Jake podszedł do mnie i wręczył mi różę. Po chwili znalazłam się w jego ramionach. Było super i bez tego, ale dzięki temu mogłam powiedzieć, że to najlepszy, a zarazem najdziwniejszy dzień w życiu.
-Jesteś jedną z nas- szepnął mi do ucha.

1 komentarz:

  1. Zadziwiające zakończenie! ;o *u*
    Chcę więcej! CZYTAM DALEJ!
    Weny życzę :*

    OdpowiedzUsuń