Wiem, że przez długi czas nic nie wrzucałam na blogu. Nie miałam weny i muszę się przyznać, że nie chciałam tego więcej pisać. Jednak po rozmowie z pewnymi osobami stwierdziłam, że pociągnę historię do końca, lecz nie tu. To, co znajduje się na blogu, oraz ciąg dalszy historii będziecie mogli znaleźć na Wattpadzie pod tytułem "Władczyni Żywiołów". Dziękuje tym, którzy mnie do tego namówili. Jestem leniwa i często nie kończę tego, co zacznę, ale nie tym razem. Mam nadzieję, że nowe części spodobają się wam tak jak poprzednie, a może nawet bardziej. Blog zostanie taki, jaki jest. Nie usunę go. To chyba tyle.
Do zobaczenia na Wattpadzie!
Link do opowiadania:
https://www.wattpad.com/story/47534324
Lost In Curse
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
czwartek, 26 lutego 2015
Rozdział 10
Poszłam do
szkoły, choć bałam się, co zrobi Will, gdy mnie zobaczy. Przeszłam przez
korytarz i bezpiecznie dotarłam do swojej szafki. Otworzyłam ją i zobaczyłam
coś, czego nie powinno tam być. Miałam straszny bałagan, ale zawsze jakoś
umiałam się tam odnaleźć. Na podręczniku od fizyki leżała kremowa koperta.
Chwilę się wahałam, ale jednak ją otworzyłam. Był tam liścik:
Czekam
w Sali gimnastycznej
Jake
To było
trochę dziwne, ale postanowiłam tam pójść. Sala była całkowicie. Nie było tam żadnej
żywej duszy. Przynajmniej tak myślałam. Weszłam, aby sprawdzić dokładniej.
Drzwi zamknęły się za mną. Podskoczyłam ze strachu.
-Jake? Jesteś tu?- spytałam niepewnie.
Nikt nie
odpowiadał. W sali panował całkowity mrok, pomimo tego, że był dzień. Jeśli to
był żart, to niezbyt mnie to bawi. Poczułam dziwne mrowienie. Ktoś mnie
obserwował, byłam tego pewna. Nagle poczułam czyjś oddech na karku. Był
niebezpiecznie blisko mnie. Próbowałam zatuszować strach. Ten „Ktoś” chwycił
mnie za rękę, przyciągnął do siebie i zaczął całować.
„To musi być Jake”- pomyślałam.
-Co tu się dzieje? Dlaczego jest tak ciemno?- zapytałam.
Nie
odpowiadał. Całował mnie coraz mocniej, coraz natarczywiej. Nie wypuszczał mnie
z swych objęć. Byłam trochę poddenerwowana, ale musiałam się dowiedzieć, o co
tu chodzi.
-Przestań- powiedziałam.
Cofnął się
o krok. Przez cały czas czułam jego wzrok na mojej skórze. Odeszłam od niego i
znalazłam włącznik światła. Od razu je włączyłam.
-Witaj, Rose- usłyszałam za sobą.
Odwróciłam
się i ujrzałam uśmiechniętego Will’a. Po chwili zrozumiałam, o co w tym chodzi.
To on podłożył kopertę do mojej szafki. Podpisał się jako Jake, żeby mieć
pewność, że przyjdę.
-Dlaczego to zrobiłeś?- zapytałam wciąż nie ruszając się z
miejsca.
-Inaczej nie przyszłabyś. Musiałem to zrobić- odpowiedział.
-Czego ode mnie chcesz?
-Musisz go zostawić. On cię zabije. Dlaczego tak trudno
jest ci to zrozumieć? Chcę ci tylko pomóc, lecz ty wciąż upierasz się przy
swoim- odpowiedział.
-On mnie kocha. Nigdy by tego nie zrobił.
-Widziałaś te zdjęcia? Myślisz, że tak łatwo by się
poddał?- zapytał.
Nic nie
odpowiadałam. Will podszedł bliżej mnie i znów mnie pocałował. Chciałam się
cofnąć, ale nie dał za wygraną.
-Zostaw mnie w spokoju.
-Nie zrezygnowałem z ciebie i wątpię, żebym szybko zmienił
zdanie- powiedział.
-Rose? Jesteś tam?!- odgłos wydobywał się zza drzwi.
-Wypuść mnie w końcu- powiedziałam do Willa.
Znów mnie
pocałował. Tym razem trwało to krótko. Udało mi się wyrwać z jego objęć.
Podbiegłam do drzwi.
-Jake? To ty?- krzyknęłam przez drzwi.
-Tak-odpowiedział.- Drzwi są zamknięte. Co się tam dzieje?
-Otworzę drzwi, ale on nie uwierzy, że nic ci nie zrobiłem-
Will powiedział za moimi plecami.
-Więc na co czekasz?!- wrzasnęłam. Byłam na niego wściekła.
Ustał
przede mną i zamknął oczy. Rękę skierował na mnie. Kręciło mi się w głowie. Nie
miałam pojęcia, jak to robił. Upadłam na podłogę, a on wziął klucz, otworzył
drzwi, lecz sam wyszedł wyjściem ewakuacyjnym. Drzwi otworzyły się i stanął w
nich Jake. Podszedł do mnie i pomógł mi wstać.
-Wszystko okay?- zapytał.
-Chyba tak.
-To znów on?
-Tak- odpowiedziałam.
Po
lekcjach poszłam z Jakie’m. Musiałam jeszcze trochę potrenować ze sztyletem.
Znów przez kilka chwil wyżywałam się na pniu drzewa.
-Gotowa?- zapytał Jake.
-Tak.
Zaczęliśmy
walkę. Ciągle robiłam uniki. Nie mogłam zaatakować. Coś nie pozwalało mi
zamachnąć się sztyletem w jego stronę. A może sobie coś ubzdurałam? Chyba jednak
nie. Gdy tylko wyciągałam rękę, żeby się zamachnąć, to „Coś” kazało mi się
cofnąć.
-Musisz atakować! Inaczej nigdy nie wygrasz!- Jake krzyknął
na mnie.
Znów
powtórzyło się to samo, lecz tym razem nie słuchałam tego głosu. Zamachnęłam
się w jego stronę, ale zdążył uskoczyć. Sama wiedziałam, że byłam zbyt słaba,
żeby z nim wygrać. Ostatnim razem poszczęściło mi się. Zamachnął się na mnie,
ale traf chciał, że nie zdążyłam zrobić uniku. Dostałam mocno w nogę i upadłam.
Z rany wylewała się ciemnoczerwona ciecz. Krew wsiąkała mi w dżinsy tak, jak
woda w gąbkę. Miałam dosyć, nie chciałam już walczyć.
-Wstawaj!- krzyknął.
-Nie dam rady. Nie pokonam cię.
-Musisz.
Udało mi
się wstać. Jake nie próżnował. Od razu zamachnął się sztyletem. Tym razem
uskoczyłam. Nieustannie wymachiwałam bronią w jego kierunku. Trafiłam go góra
trzy razy, a on mnie minimum dziesięć. Po kilku minutach znów leżałam na ziemi.
Nie miałam zamiaru się podnieść.
-Może walka z użyciem mocy pójdzie ci lepiej. Wstawaj i
zaczynamy- powiedział.
Wstałam i
rzuciłam sztylet na ziemi. Jake zrobił to samo. Tym razem miałam jakieś szanse
na wygraną.
-Tym razem masz dużą szansę na wygraną. Wykorzystaj ją-
powiedział.
Na
początek zrobiłam to co w symulacji. Oplotłam jego nogi pnączami. Przez chwilę
miał co robić. Strzeliłam w niego wodną kulą. On zrobił to samo. Gdy tylko się
uwolnił, uderzył mnie wodnym biczem. Tym razem strzeliłam kulą ognia. Uskoczył
w ostatnim momencie. Nagle straciłam grunt pod nogami. Latałam w powietrzu.
-Ej! To nie fair!- krzyknęłam.
-Jak to nie? Przecież mogę używać mocy- powiedział drwiąco.
-Ale nigdy nie mówiłeś o tym!- krzyknęłam.
Ziemia
niebezpiecznie szybko zbliżała się w moją stronę. Nie, to nie ziemia się
zbliżała do mnie, tylko ja do niej. Spadłam na ziemię z łoskotem. Po drodze
zawadziłam o kilka gałęzi. Nie mogłam wstać. Ból był okropny. Jake szedł w moją
stronę, a ja strzeliłam w niego wodną kulą i na tym walka się skończyła.
Podszedł do mnie, aby pomóc mi wstać. Nic z tego nie wyszło. Od razu osunęłam
się na ziemię. Każdy najmniejszy ruch sprawiał mi ból. Jake próbował wyleczyć
mnie za pomocą wody, ale nic z tego nie wyszło. Nadal nie mogłam się ruszyć.
Zaniósł
mnie do swojej sypialni i położył na łóżku.
-Przepraszam. Nie chciałem zrobić ci krzywdy- powiedział.
-Powinnam bardziej uważać.
Byłam zbyt
słaba, żeby z nim wygrać. Ciągle obrywałam, więc dlaczego tak nagle miałabym
być lepsza? Nie było mowy żebym pokonała kogokolwiek, a teraz nawet nie mogłam
się ruszać.
-Prześpij się. Coś wymyślę- powiedział pokrzepiająco i
zmusił się na lekki, choć blady, uśmiech.
Nie miałam
siły się sprzeczać. Zasnęłam szybko, lecz nim to się stało kątem oka
zauważyłam, jak Jake skrył głowę w dłoniach i lekko się trząsł. Płakał. I to
przeze mnie.
Znalazłam
się w labiryncie. Biegłam jak najszybciej tylko mogłam. Nie zwracałam uwagi na
rwanie w płucach. Uciekałam przed czymś, co było zaledwie kilka metrów ode
mnie. W pewnej chwili dostrzegłam jakieś drzwi. Wbiegłam za nie i porządnie
zaryglowałam je. Byłam przerażona. Przystanęłam przy ścianie i próbowałam złapać
oddech.
-Jednak przyszłaś- usłyszałam za sobą.
Odwróciłam
się natychmiast i zobaczyłam Jake’a. Stał na drugim końcu pokoju. Trzymał
sztylet, który co chwilę przekładał z ręki do ręki i obserwował mój każdy ruch.
-Co to było?- zapytałam, wciąż łapiąc oddech.
-Jedna z istot cieni- odpowiedział.
Wciąż nie
spuszczał ze mnie wzroku. Ale dlaczego?
-Wypełniają swoją misję. Nie bój się. Już nic ci nie
zrobią.
Obarczył
mnie piorunującym spojrzeniem. Przerażał mnie.
Podeszłam do drzwi. Chciałam
je otworzyć, lecz ani drgnęły. Jake podszedł bliżej mnie i pociągnął za sobą w głąb
celi, tak abym była jak najdalej od nich.
-Co robisz?
Posłał mi
piorunujące spojrzenie. Nie ruszyłam się z miejsca.
-„Jesteś naszą jedyną nadzieją”, „musisz to zrobić” Czy to
nie brzmi znajomo?- prychnął.- Dobrze wiem, że nie jesteś w stanie mnie zabić.
Jesteś zbyt słaba, zbyt naiwna. Ja nie jestem. Mogę to zrobić, a teraz tak się
złożyło, że to ty przyszłaś do mnie, do ciemnej celi, gdzie nikt nie usłyszy
ciebie i twoich krzyków. Więcej taka okazja może się nie powtórzyć.
-Oszalałeś!
Pobiegłam
na drugi koniec pokoju. Nie miałam zbyt dużo miejsca do popisu. Byłam
zamknięta. Jedyną drogą ucieczki były drzwi, które zabarykadowałam, uciekając
przed istotą cienia.
-Nie zrobisz tego!- krzyknęłam.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz.
Strzelałam
kulami ognia, uderzałam wodnym biczem i robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby
utrzymać go jak najdalej ode mnie. Nic go nie powstrzymało. Z każdą chwilą był
coraz bliżej, aż w końcu staliśmy twarzą w twarz. Spojrzał na mnie z furią w
oczach i stało się. Wbił sztylet w moje serce. Upadłam, a podłoga momentalnie
zalała się krwią. MOJĄ krwią. Krzyczałam, wołałam o pomoc, lecz nikt nie
nadszedł. Nie mogłam wydobyć z siebie dźwięku. Życie ulatywało ze mnie bardzo
szybko. Ostatnie co usłyszałam to dwa słowa wypowiedziane przez Jake’a:
-Żegnaj, Rose.
poniedziałek, 16 lutego 2015
Rozdział 9
Przez parę następnych dni widywałam się z Jake’m. Oboje staraliśmy się unikać Will’a po tym wszystkim, co się stało.
Pewnego dnia nie znalazłam Jake’a w szkole. Myślałam, że się spóźni, ale w swojej szafce znalazłam liścik:
Rose,
Nie będzie mnie dzisiaj w szkole. Mam coś do załatwienia. Postaraj nic sobie nie zrobić i uważaj na Willa.
Twój Jake
„Co ma do załatwienia?”- pomyślałam.
Od razu cofnęłam tę myśl od siebie. Miałam tylko jedno zadanie- unikać Will’a- ale on też jakoś zniknął. Miałam więc czas dla siebie i bez obaw, że ktoś czeka na mnie za rogiem, żeby poderżnąć mi gardło. poszłam w stronę klasy. W pewnym momencie pan Murphy zatrzymał mnie:
-Co robisz w szkole? Jesteś zwolniona z dzisiejszych zajęć.
-Jak to? Kto?- zapytałam zdziwiona.
-Czeka na ciebie przed szkołą. Lepiej się pospiesz- odpowiedział.
Miałam złe przeczucia. Kto mógłby mnie zwolnić z zajęć? Wyszłam przed szkołę. Zobaczyłam tam Maję.
-Rose, tutaj!- krzyknęła do mnie.
Podeszłam do niej. Nie mogłam uwierzyć, że tu przyszła. To było dziwne, ale nie takie rzeczy robiła. Raz nawet przykleiła mnie do krzesła na plastyce za to, że zakochałam się w tym samym chłopaku, co ona. To właśnie ta szalona Maja, którą znam.
-Maja, co tu robisz?- zapytałam.
-Chciałam się z tobą zobaczyć. Chyba pamiętasz, co sobie obiecałyśmy tamtego dnia?- spytała.
-Oczywiście, że pamiętam, ale nic nie powiedziałaś. Nawet nie zadzwoniłaś- odpowiedziałam.
-Ale zwolniłam cię z lekcji, a to już coś- zażartowała.- Znam całkiem fajne miejsce. Może tam pójdziemy?
-Okay- odpowiedziałam.
Nie mogłam jej odmówić, bo i tak zabrałaby mnie tam siłą. Jest strasznie uparta, ale taka już jest. Nic nie poradzę.
Poszłyśmy w nieznaną mi część miasta. Wszędzie stały obskurne domy z wybitymi szybami. Wśród nich stał wielki budynek. Różnił się od innych tym, że miał czarne ściany, niepowybijane okna, a wokół niego rosły najróżniejsze rośliny. Całą okolicę spowijała lekka-ale dziwna- mgła.
Weszłyśmy do budynku i nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Wszędzie było pełno ludzi. Nie starych, młodych, a większość była w moim wieku. Na środku stały wielkie schody.
Nagle przez drzwi wyleciał chłopak. Był cały mokry. Leżał przy moich nogach, ale podniósł się, uśmiechnął się do mnie, po czym wrócił z powrotem za drzwi. Stałam tam zdziwiona, gdy Maja wyrwała mnie z transu:
-Nie przejmuj się. To Mike. Znów kłócił się z Alem.
-Co to za miejsce?- zapytałam.
-Nasz mały raj. Tu możemy być sobą. To miejsce dla takich jak ty i ja- powiedziała.
-Co masz na myśli?- spytałam. Udawałam, że o niczym nie wiem, choć nie było mi łatwo okłamywać przyjaciółkę.
-Wszyscy, których tu widzisz władają żywiołami- odpowiedziała.
-Nie wiem, o czym mówisz- skłamałam.
-Mnie nie oszukasz- powiedziała.- Nie bój się. Jesteś Naznaczona, tak jak my wszyscy.
-Nie wierzę- odpowiedziałam.
-Uwierz. To wszystko, to prawda- usłyszałam za sobą.
Natychmiast się odwróciłam. To był Will. Znowu. Wyciągnęłam sztylet. Byłam wściekła, za to, co zrobił mi zeszłej nocy.
-Odłóż to- powiedział ze spokojem.
-Will nic ci nie zrobi- powiedziała Maja.
-To, co zrobił ostatnio raczej mnie nie przekonuje- odpowiedziałam.
-Nie miałem wyboru. Musiałem go nastraszyć, a poza tym chciałem zobaczyć, jak daleko posunie się w tym kłamstwie- oznajmił.
-Jake nie jest kłamcą! Dlaczego mi to robisz?!- krzyknęłam na niego.
-Musisz coś zobaczyć- powiedział zrezygnowany.
-Nigdzie z tobą nie pójdę- burknęłam.
-Rose, proszę. Zrób to dla mnie, nie dla niego- powiedziała Maja.
Miała poważną minę. Nigdy jej takiej nie widziałam. Była uparta, to prawda, ale nigdy nie widziałam jej poważnej. Zrobiłam, co kazała. Schowałam sztylet i poszłam za nimi do jednej z sal. Na ścianach wisiały rozmaite zdjęcia, lecz po chwili zrozumiałam, że przedstawiają to samo. Strach, śmierć, złość- te słowa najlepiej je opisują. Wśród nich znalazłam wiele przedstawiających Jake’a. Był wściekły, zabijał ludzi. Nie mogłam w to uwierzyć.
-Nie. To nie możliwe- powiedziałam sama do siebie- Jake nie zrobił by tego. To nie on.
Zdjęcia były jak najbardziej prawdziwe. Nie wiem, kogo chciałam przekonać. Chyba samą siebie.
-To on. Już ci mówiłem. Był zły i nadal jest. Zabijał bezbronnych ludzi- powiedział Will.
-Zabierzcie mnie stąd- zażądałam. Nie mogłam patrzeć na to wszystko ani chwili dłużej.
-Maja, możemy porozmawiać w cztery oczy?- zapytał.
Kiwnęła głową i odeszli kawałek dalej, zostawiając mnie sam na sam z ścianami pełnych zdjęć. Maja sprzeczała się z nim przez chwilę, lecz po pewnym czasie zgodziła się na coś.
-Chodźmy- powiedział Will.
Poszłam za nimi do innej sali. Zostawili mnie na środku pokoju i wyszli. Zamknęli drzwi, więc nie miałam jak wyjść.
Po chwili obraz przed moimi oczami zmienił się. Stałam na jakiejś ulicy. Nie było tam nikogo, prócz mnie i Jake’a. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, a po chwili zaczął atakować.
-Jake, co ty robisz?!- wrzasnęłam.
Nie słuchał mnie. Musiałam się jakoś bronić, ale nie miałam sztyletu. Musiałam użyć mocy, nie miałam wyjścia. Najpierw sprawiłam, że z ziemi wyrosły łodygi i oplotły jego nogi, ale nie zatrzymało go to na długo. Był silny, więc szybko uporał się z nimi. Następnie strzeliłam wodną kulą. Był mokry, ale nic poza tym.
Porwałam go w górę za pomocą wiatru. Upadł na ziemię.
-Jake, to ja, Rose! Błagam, uspokój się! Nie chcę ci zrobić krzywdy- krzyknęłam.
Podniósł się, a ja strzeliłam w niego kulą ognia. Uskoczył w ostatnim momencie. Nie miałam pomysłu. Ustałam w bezruchu i zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, stałam znowu w tej samej Sali.
Zza wielkiej szyby patrzyli na mnie Will, Maja, Alex i Victoria. Byli okropnie bladzi, a w ich oczach widać było strach.
„Widzieli wszystko”- pomyślałam.
Will wszedł i złapał mnie za ramię. Zawlókł mnie do kolejnej, opustoszałej sali i zamknął samą.
Po twarzy spływały mi łzy. To wszystko było takie realistyczne.
„A co, jeżeli nie będę miała wyboru? Zabiję go?”- pomyślałam, lecz natychmiast odrzuciłam tę myśl od siebie.
Siedziałam w pustym pokoju. Mogłam posłuchać Jake’a i w ogóle nie używać mocy. Teraz już wszyscy wiedzą. Musiałam się stąd wydostać. Wyskoczyłam przez okno. Na szczęście nie zamknęli mnie na piętrze.
Biegłam przed siebie. Byłam zaślepiona łzami. Nagle uderzyłam w kogoś i upadłam na ziemię. Spojrzałam w górę i zobaczyłam Jake’a. Bałam się, że to znów jakaś ich symulacja. Odsunęłam się od niego. Złapał mnie za rękę i pomógł wstać. Cofnęłam się na wszelki wypadek.
-Co się dzieje?- zapytał.
-To naprawdę ty?- spytałam niepewnie.
-To ja. Niby kim miałbym być?- zapytał zdziwiony.
Nie odpowiadałam. Zamiast tego przytuliłam się do niego. To był on. Tym razem naprawdę.
-Co tu robiłaś?- zapytał.
Puściłam go i odpowiedziałam:
-Uciekałam.
-Nie można zostawić cię samej nawet na jeden dzień, bo od razu pakujesz się w tarapaty- powiedział.
-A ty? Co tu robisz?- zapytałam.
-Przechodziłem- odpowiedział.
-Uważaj, bo ci uwierzę- powiedziałam sarkastycznie.
-Ciebie nie da się okłamać- westchnął.- Szedłem tu, bo musiałem iść w pewne miejsce.
O nic nie pytałam. Miałam już dosyć tego dnia. Najchętniej położyłabym się i poszła spać.
-Dlaczego uciekałaś?- zapytał.
-Byłam u nich- tłumaczyłam.- Poprowadzili symulację, w której chciałeś mnie zabić. Broniłam się, ale nie dało to zbyt wiele. Zaczęłam atakować. Użyłam mocy, a oni to widzieli. Zamknęli mnie w jakimś pomieszczeniu, ale zostawili otwarte okno. Uciekłam.
Przez chwilę stał jak wryty. Nie odpowiadał tylko patrzył się na mnie. Po chwili powiedział:
-Chodźmy stąd.
-Rose!- usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się. Maja biegła w naszą stronę, ale gdy tylko zobaczyła Jake’a, ustała w bezruchu, przerażona.
-Możemy pogadać?- spytała niepewnie.
Kiwnęłam głową i powiedziałam do Jake’a:
-Zaraz wracam.
Odeszłyśmy kawałek dalej i Maja zaczęła rozmowę:
-Przepraszam. Chciałam tylko spędzić fajny dzień w tamtym miejscu. Nie wiedziałam, co Will planował zrobić. To nie mój pomysł. Wybaczysz mi kiedyś?
-Oczywiście. Tobie zawsze.
Spojrzała uważnie na Jake’a.
-Czy to…
-Już nie- odpowiedziałam stanowczo.
-Jak to „już nie”?- zapytała zdziwiona.
-Nie jest taki jak kiedyś. Zmienił się- odpowiedziałam pospiesznie.
-Mimo wszystko uważaj na niego- mówiła.- Muszę już iść. Zorientowali się, że uciekłaś.
-Pa.
Odeszła z powrotem do budynku, a ja wróciłam do Jake’a i oboje poszliśmy jak najdalej od tej ulicy. Zaprowadził mnie do domu, pocałował na pożegnanie i odszedł.
Pewnego dnia nie znalazłam Jake’a w szkole. Myślałam, że się spóźni, ale w swojej szafce znalazłam liścik:
Rose,
Nie będzie mnie dzisiaj w szkole. Mam coś do załatwienia. Postaraj nic sobie nie zrobić i uważaj na Willa.
Twój Jake
„Co ma do załatwienia?”- pomyślałam.
Od razu cofnęłam tę myśl od siebie. Miałam tylko jedno zadanie- unikać Will’a- ale on też jakoś zniknął. Miałam więc czas dla siebie i bez obaw, że ktoś czeka na mnie za rogiem, żeby poderżnąć mi gardło. poszłam w stronę klasy. W pewnym momencie pan Murphy zatrzymał mnie:
-Co robisz w szkole? Jesteś zwolniona z dzisiejszych zajęć.
-Jak to? Kto?- zapytałam zdziwiona.
-Czeka na ciebie przed szkołą. Lepiej się pospiesz- odpowiedział.
Miałam złe przeczucia. Kto mógłby mnie zwolnić z zajęć? Wyszłam przed szkołę. Zobaczyłam tam Maję.
-Rose, tutaj!- krzyknęła do mnie.
Podeszłam do niej. Nie mogłam uwierzyć, że tu przyszła. To było dziwne, ale nie takie rzeczy robiła. Raz nawet przykleiła mnie do krzesła na plastyce za to, że zakochałam się w tym samym chłopaku, co ona. To właśnie ta szalona Maja, którą znam.
-Maja, co tu robisz?- zapytałam.
-Chciałam się z tobą zobaczyć. Chyba pamiętasz, co sobie obiecałyśmy tamtego dnia?- spytała.
-Oczywiście, że pamiętam, ale nic nie powiedziałaś. Nawet nie zadzwoniłaś- odpowiedziałam.
-Ale zwolniłam cię z lekcji, a to już coś- zażartowała.- Znam całkiem fajne miejsce. Może tam pójdziemy?
-Okay- odpowiedziałam.
Nie mogłam jej odmówić, bo i tak zabrałaby mnie tam siłą. Jest strasznie uparta, ale taka już jest. Nic nie poradzę.
Poszłyśmy w nieznaną mi część miasta. Wszędzie stały obskurne domy z wybitymi szybami. Wśród nich stał wielki budynek. Różnił się od innych tym, że miał czarne ściany, niepowybijane okna, a wokół niego rosły najróżniejsze rośliny. Całą okolicę spowijała lekka-ale dziwna- mgła.
Weszłyśmy do budynku i nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Wszędzie było pełno ludzi. Nie starych, młodych, a większość była w moim wieku. Na środku stały wielkie schody.
Nagle przez drzwi wyleciał chłopak. Był cały mokry. Leżał przy moich nogach, ale podniósł się, uśmiechnął się do mnie, po czym wrócił z powrotem za drzwi. Stałam tam zdziwiona, gdy Maja wyrwała mnie z transu:
-Nie przejmuj się. To Mike. Znów kłócił się z Alem.
-Co to za miejsce?- zapytałam.
-Nasz mały raj. Tu możemy być sobą. To miejsce dla takich jak ty i ja- powiedziała.
-Co masz na myśli?- spytałam. Udawałam, że o niczym nie wiem, choć nie było mi łatwo okłamywać przyjaciółkę.
-Wszyscy, których tu widzisz władają żywiołami- odpowiedziała.
-Nie wiem, o czym mówisz- skłamałam.
-Mnie nie oszukasz- powiedziała.- Nie bój się. Jesteś Naznaczona, tak jak my wszyscy.
-Nie wierzę- odpowiedziałam.
-Uwierz. To wszystko, to prawda- usłyszałam za sobą.
Natychmiast się odwróciłam. To był Will. Znowu. Wyciągnęłam sztylet. Byłam wściekła, za to, co zrobił mi zeszłej nocy.
-Odłóż to- powiedział ze spokojem.
-Will nic ci nie zrobi- powiedziała Maja.
-To, co zrobił ostatnio raczej mnie nie przekonuje- odpowiedziałam.
-Nie miałem wyboru. Musiałem go nastraszyć, a poza tym chciałem zobaczyć, jak daleko posunie się w tym kłamstwie- oznajmił.
-Jake nie jest kłamcą! Dlaczego mi to robisz?!- krzyknęłam na niego.
-Musisz coś zobaczyć- powiedział zrezygnowany.
-Nigdzie z tobą nie pójdę- burknęłam.
-Rose, proszę. Zrób to dla mnie, nie dla niego- powiedziała Maja.
Miała poważną minę. Nigdy jej takiej nie widziałam. Była uparta, to prawda, ale nigdy nie widziałam jej poważnej. Zrobiłam, co kazała. Schowałam sztylet i poszłam za nimi do jednej z sal. Na ścianach wisiały rozmaite zdjęcia, lecz po chwili zrozumiałam, że przedstawiają to samo. Strach, śmierć, złość- te słowa najlepiej je opisują. Wśród nich znalazłam wiele przedstawiających Jake’a. Był wściekły, zabijał ludzi. Nie mogłam w to uwierzyć.
-Nie. To nie możliwe- powiedziałam sama do siebie- Jake nie zrobił by tego. To nie on.
Zdjęcia były jak najbardziej prawdziwe. Nie wiem, kogo chciałam przekonać. Chyba samą siebie.
-To on. Już ci mówiłem. Był zły i nadal jest. Zabijał bezbronnych ludzi- powiedział Will.
-Zabierzcie mnie stąd- zażądałam. Nie mogłam patrzeć na to wszystko ani chwili dłużej.
-Maja, możemy porozmawiać w cztery oczy?- zapytał.
Kiwnęła głową i odeszli kawałek dalej, zostawiając mnie sam na sam z ścianami pełnych zdjęć. Maja sprzeczała się z nim przez chwilę, lecz po pewnym czasie zgodziła się na coś.
-Chodźmy- powiedział Will.
Poszłam za nimi do innej sali. Zostawili mnie na środku pokoju i wyszli. Zamknęli drzwi, więc nie miałam jak wyjść.
Po chwili obraz przed moimi oczami zmienił się. Stałam na jakiejś ulicy. Nie było tam nikogo, prócz mnie i Jake’a. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, a po chwili zaczął atakować.
-Jake, co ty robisz?!- wrzasnęłam.
Nie słuchał mnie. Musiałam się jakoś bronić, ale nie miałam sztyletu. Musiałam użyć mocy, nie miałam wyjścia. Najpierw sprawiłam, że z ziemi wyrosły łodygi i oplotły jego nogi, ale nie zatrzymało go to na długo. Był silny, więc szybko uporał się z nimi. Następnie strzeliłam wodną kulą. Był mokry, ale nic poza tym.
Porwałam go w górę za pomocą wiatru. Upadł na ziemię.
-Jake, to ja, Rose! Błagam, uspokój się! Nie chcę ci zrobić krzywdy- krzyknęłam.
Podniósł się, a ja strzeliłam w niego kulą ognia. Uskoczył w ostatnim momencie. Nie miałam pomysłu. Ustałam w bezruchu i zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, stałam znowu w tej samej Sali.
Zza wielkiej szyby patrzyli na mnie Will, Maja, Alex i Victoria. Byli okropnie bladzi, a w ich oczach widać było strach.
„Widzieli wszystko”- pomyślałam.
Will wszedł i złapał mnie za ramię. Zawlókł mnie do kolejnej, opustoszałej sali i zamknął samą.
Po twarzy spływały mi łzy. To wszystko było takie realistyczne.
„A co, jeżeli nie będę miała wyboru? Zabiję go?”- pomyślałam, lecz natychmiast odrzuciłam tę myśl od siebie.
Siedziałam w pustym pokoju. Mogłam posłuchać Jake’a i w ogóle nie używać mocy. Teraz już wszyscy wiedzą. Musiałam się stąd wydostać. Wyskoczyłam przez okno. Na szczęście nie zamknęli mnie na piętrze.
Biegłam przed siebie. Byłam zaślepiona łzami. Nagle uderzyłam w kogoś i upadłam na ziemię. Spojrzałam w górę i zobaczyłam Jake’a. Bałam się, że to znów jakaś ich symulacja. Odsunęłam się od niego. Złapał mnie za rękę i pomógł wstać. Cofnęłam się na wszelki wypadek.
-Co się dzieje?- zapytał.
-To naprawdę ty?- spytałam niepewnie.
-To ja. Niby kim miałbym być?- zapytał zdziwiony.
Nie odpowiadałam. Zamiast tego przytuliłam się do niego. To był on. Tym razem naprawdę.
-Co tu robiłaś?- zapytał.
Puściłam go i odpowiedziałam:
-Uciekałam.
-Nie można zostawić cię samej nawet na jeden dzień, bo od razu pakujesz się w tarapaty- powiedział.
-A ty? Co tu robisz?- zapytałam.
-Przechodziłem- odpowiedział.
-Uważaj, bo ci uwierzę- powiedziałam sarkastycznie.
-Ciebie nie da się okłamać- westchnął.- Szedłem tu, bo musiałem iść w pewne miejsce.
O nic nie pytałam. Miałam już dosyć tego dnia. Najchętniej położyłabym się i poszła spać.
-Dlaczego uciekałaś?- zapytał.
-Byłam u nich- tłumaczyłam.- Poprowadzili symulację, w której chciałeś mnie zabić. Broniłam się, ale nie dało to zbyt wiele. Zaczęłam atakować. Użyłam mocy, a oni to widzieli. Zamknęli mnie w jakimś pomieszczeniu, ale zostawili otwarte okno. Uciekłam.
Przez chwilę stał jak wryty. Nie odpowiadał tylko patrzył się na mnie. Po chwili powiedział:
-Chodźmy stąd.
-Rose!- usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się. Maja biegła w naszą stronę, ale gdy tylko zobaczyła Jake’a, ustała w bezruchu, przerażona.
-Możemy pogadać?- spytała niepewnie.
Kiwnęłam głową i powiedziałam do Jake’a:
-Zaraz wracam.
Odeszłyśmy kawałek dalej i Maja zaczęła rozmowę:
-Przepraszam. Chciałam tylko spędzić fajny dzień w tamtym miejscu. Nie wiedziałam, co Will planował zrobić. To nie mój pomysł. Wybaczysz mi kiedyś?
-Oczywiście. Tobie zawsze.
Spojrzała uważnie na Jake’a.
-Czy to…
-Już nie- odpowiedziałam stanowczo.
-Jak to „już nie”?- zapytała zdziwiona.
-Nie jest taki jak kiedyś. Zmienił się- odpowiedziałam pospiesznie.
-Mimo wszystko uważaj na niego- mówiła.- Muszę już iść. Zorientowali się, że uciekłaś.
-Pa.
Odeszła z powrotem do budynku, a ja wróciłam do Jake’a i oboje poszliśmy jak najdalej od tej ulicy. Zaprowadził mnie do domu, pocałował na pożegnanie i odszedł.
sobota, 7 lutego 2015
Rozdział 8
Zasnęłam, lecz nie przyszło mi to łatwo.
Tym razem
nie widziałam trzech zjaw. Zamiast tego od razu znalazłam się w labiryncie.
Przede mną stał Will. Był spokojny, ale widziałam, że tłumił w sobie złość.
-On cię okłamuje i dobrze o tym wiesz. Musisz to zrobić!-
powiedział.
-Nie zrobię mu krzywdy! Jesteś głupcem, skoro myślisz, że
jest inaczej!- słowa wydobyły się z moich ust. Tak jak ostatnio nie panowałam
nad swoim ciałem. Nie mogłam nic zrobić.
-Jeżeli tego nie zrobisz to on wkrótce przyjdzie po ciebie
i zabije wszystkich. Nie oszczędzi nikogo. Niewinni ludzie zginą- mówił.- Tylko
ty możesz to zrobić!
-Niby dlaczego JA muszę?!- krzyknęłam.
-Przepowiednia- odpowiedział.
-Jaka znowu przepowiednia?- zapytałam.
-Dziewczyna, która włada wszystkimi żywiołami pokona zło.
Pokona Łowcę! Rozumiesz? Nigdy więcej nie będziemy musieli się ukrywać!-
odpowiedział.
-On nie jest Łowcą! Gdyby tak było, powiedziałby mi! Ufam
mu!- krzyknęłam.
-Jesteś naiwna. To on! Zabije cię prędzej, czy później.
Musisz to zrobić- powiedział.
-Nie mogę!- krzyknęłam.
-Rose, błagam cię. On nie oszczędzi nikogo. Pogrywał sobie
z tobą. Nie kocha cię. Przez ten cały czas udawał. Pomyśl tylko. Czy to nie
jest logiczne? Jesteś jedyną osobą silniejszą od niego. On chce zdobyć władzę,
więc robi wszystko, żeby przeciągnąć cię na swoją stronę. Tylko na tym mu
zależy! Musisz… Po prostu musisz to zrobić- powiedział.
Przez
chwilę stałam w ciszy, aż w końcu powiedziałam:
-Oddaj mi sztylet.
-Dasz radę- odpowiedział.
Podał mi
broń, a ja natychmiast pobiegłam korytarzem. Po chwili znalazłam Jake’a. Był
odwrócony plecami do mnie. Nie chciałam go zabić. Każda część mojej
podświadomości chciała być z nim, ale nie panowałam nad ciałem. Nie mogłam nic
zrobić.
-Wiesz, że nie powinnaś tego robić. Oni kłamią- powiedział.
-Chcesz zabić bezbronnych ludzi!- krzyknęłam.
-Rose, dobrze wiesz, że cię kocham. Nigdy bym cię nie
okłamał- odpowiedział.
-Nie kochasz mnie! Wiem o tym! Przez cały ten czas mąciłeś
mi w głowie!- odkrzyknęłam.
Zamachnęłam
się sztyletem, a Jake upadł na ziemię.
-Rose! Nie rób tego! Błagam! Nie słuchaj ich! Chcą ci
zamieszać w głowie!- krzyczał.
-Okłamywałeś mnie! Nigdy więcej nikogo nie skrzywdzisz!-
wrzasnęłam.
Po tych
słowach zamachnęłam się i wbiłam mu sztylet w serce. Jake padła na ziemię, a
podłoga zalała się krwią. Nie mogłam odwrócić wzroku od martwego chłopaka. Nie
chciałam go zabić.
Obudziłam
się z krzykiem. Serce biło mi jak oszalałe, a po policzku spływał wodospad łez.
Spojrzałam w bok. Jake spał cały i zdrowy. Śmiałam się histerycznie. Sama nie
wiem, czy to z ulgi, czy raczej z bólu, który mną zawładnął.
Jake
obudził się. Usiadł na łóżku i wziął moją rękę.
-Spokojnie. To tylko sen. Jestem tutaj. Nic ci się nie
stanie- szepnął mi do ucha i pocałował.
Przytulił
mnie, a ja znów miałam przed oczami martwego chłopaka. Płakałam coraz głośniej.
Nie chciałam go stracić. Nigdy.
-Znowu ten sam koszmar?- zapytał.
Kiwnęłam
głową w odpowiedzi.
-Jestem obok ciebie i żyję. Nic mi nie jest i tobie też
nie. Nic ci nie zrobię. Nie płacz, proszę- mówił.- Połóż się i spróbuj o tym
nie myśleć. Przyniosę ci coś do picia.
Wyszedł z
pokoju, a ja ubrałam się. Wyszłam z domu tak, aby nikt nie usłyszał. Poszłam
nad jezioro i usiadłam na piasku. Musiałam przez chwilę pobyć sama i pomyśleć.
-To było ostrzeżenie- usłyszałam za sobą.
Will stał
oparty o drzewo. Nie spuszczał ze mnie wzroku.
-Co ty tu robisz?!- krzyknęłam.
-Te wizje i sny to było ostrzeżenie. Jeżeli go nie
zostawisz, będziesz cierpieć- mówił.- To, co zobaczyłaś, jest prawdą. Jake jest
Łowcą. On zabija takich, jak ty.
-Przestań kłamać!- krzyknęłam.
Nie
miałam, jak zaatakować. Broń zostawiłam przy łóżku.
-To nie mnie powinnaś się bać- powiedział.- Musisz mi uwierzyć.
-Mam własny rozum! Kocham go i nic ci do tego!-
odkrzyknęłam.
-Pójdź ze mną. Wszystko ci wytłumaczę. Zobaczysz Maję.
Tęskni za tobą. Wszystko może się ułożyć- powiedział.
Byłam
okropnie zła. Nie mogłam używać mocy. Zamachnęłam się na niego. Uderzałam
pięściami, ale byłam zbyt słaba, żeby to wygrać.
Po
otrzymaniu kilku ciosów upadłam na ziemię.
-Zostaw ją- Jake wyłonił się zza drzew.
Will
podniósł mnie i przyłożył sztylet do mojego gardła.
-Tylko się rusz, a ją zabiję- powiedział.
-Nie zrobisz tego- warknął Jake.
-Tak myślisz?- mówił zdenerwowany Will.
-Nie odważysz się- odpowiedział Jake.
Po tych
słowach Will wbił mi sztylet w bok. Krzyknęłam przeraźliwie, a mój oddech stał się
płytki.
-Puść ją!- krzyknął Jake.
-Nigdy! Skoro nie jest po mojej stronie na pewno nie będzie
z tobą!- wrzasnął Will.
Dźgnął
mnie w żebra. Krzyknęłam jeszcze głośniej, niż przed chwilą. Ból był coraz gorszy.
Upadłam ze sztyletem wciąż wbitym w żebra.
-Nie!- krzyknął Jake.
Zaczął
biec za Willem. Niestety nie udał mu się go dogonić. Czułam, jak powoli ulatuje
ze mnie życie. Po chwili Jake był przy mnie.
-Boże, Rose- powiedział.
Spojrzałam
na niego. Nic więcej nie mogłam zrobić. Wyciągnął sztylet z mojego żebra. Znów
krzyknęłam. Powieki powoli mi się zamykały.
-Wytrzymaj jeszcze chwilę. Idę po wodę- oznajmił.
Starałam się,
jak tylko mogłam, żeby nie odpłynąć. Kilka minut później klęczał przy mnie z
kroplą w rękach. Przyłożył mi ją do największej rany. Gdy tylko kropla
zajaśniała niebieską poświatą, złapałam go za rękę i tłumiłam w sobie krzyk.
Nie udało mi się to zbyt długo.
Skończył,
a ja poczułam się jeszcze gorzej.
-Przepraszam- powiedziałam cicho.
Już dłużej
się nie powstrzymywałam. Zdjęłam dłoń z jego ramienia i odpłynęłam.
Obudziłam
się. Było rano. Jake spał obok mnie. Miał ciężką noc. Nie budziłam go. Musiał w
końcu odpocząć. Leżałam tak, w ciszy, przemyślając zdarzenia z zeszłej nocy.
Byłam głupia, że wyszłam z domu. On tylko cierpi przeze mnie. Próbowałam wstać
po cichu, ale jak tylko się podniosłam, poczułam okropny ból. Położyłam się z
powrotem. Odchyliłam koszulkę. Rany były zbyt duże, żeby zagoiły się od razu.
Były już o wiele mniejsze, przykryte bandażem. Gdyby nie Jake, pewnie byłabym
martwa. Usłyszałam nagle, że mówi przez sen. Zrozumiałam tylko niektóre słowa.
Obudził się
z krzykiem. Jego oddech był płytki. Przez chwilę patrzył w sufit. Obrócił się w
moją stronę i trochę się uspokoił.
-Wszystko okay?- zapytałam.
-Chyba tak. To był tylko zły sen- odpowiedział.
-Mówiłeś przez sen- powiedziałam.
-Tak? A co takiego mówiłem?- zapytał.
-„Nigdy tego nie zrobię”, „nie rób tego”, „nie możesz” i
jeszcze „zostaw ją”. Powiesz mi, co ci się śniło?- spytałam.
-Oni cię złapali i chcieli, żebyś mnie zabiła. Nie
zgodziłaś się, więc użyli cię jako wabika. Nie poddałem się, więc zabili cię.
Przeze mnie zginęłaś- odpowiedział.
-To tylko sen. Zaledwie wczoraj mówiłeś mi to samo-
powiedziałam.
-To było okropne i wydawało się prawdziwe. Widziałem, jak
ulatuje z ciebie życie- odpowiedział.
-Wczoraj Will powiedział mi, że te wizje to było
ostrzeżenie, że jeżeli cię nie zostawię, będę cierpieć. To on je nasilał-
powiedziałam.
-Jeszcze coś ci powiedział?- zapytał.
-Że jesteś jakimś Łowcą. Co to znaczy?- spytałam.
-Nie jestem Łowcą. Już nie. Nie jestem taki, jak dawniej-
odpowiedział.
-Jak to „już nie”? Jakie byłeś?- zapytałam.
-Zły. Byłem zły. Już nie jestem. Od kiedy cię spotkałem,
jestem innym człowiekiem. Nie chcę o tym więcej wspominać- odpowiedział.
Kiwnęłam
głową. Po chwili podszedł do mnie i zdjął bandaż.
-Powoli się goi- zawiadomił.
Znów wziął
kroplę wody i zaczął leczyć moje rany. Założył mi czysty bandaż i pomógł wstać.
-Lepiej nie idź dzisiaj do szkoły. Will może tam być-
powiedział.
-Dobrze, ale muszę już wracać do domu. Tobie też przydałby
się wypoczynek- odpowiedziałam.
Odprowadził
mnie do domu. Pomógł mi wejść do pokoju i położył mnie na łóżku.
-Przyjdę jutro- powiedział.
Pocałował
mnie na pożegnanie i wyszedł.
niedziela, 1 lutego 2015
Rozdział 7
Szliśmy tą samą drogą. W to samo miejsce. Nad jezioro. Każdy widzi tylko zwykły piasek, wodę i drzewa. Ja widzę miejsce, gdzie to wszystko się zaczęło. To tu dowiedziałam się, kim jestem, jaką mam moc i po raz pierwszy od bardzo dawna komuś zaufałam.
Przy jednym z drzew leżało wielkie pudło. Jake podszedł i wyciągnął z niego łuk.
-Musisz wypróbować kilka broni. Później będziesz mogła mieć swoją- zawiadomił mnie.- Zacznijmy od łuku.
Podszedł i wręczył mi łuk. Zawiesił tarczę na drzewie i powiedział, żebym zaczęła strzelać. Miałam ogromny problem z założeniem strzały na cięciwę. Jeszcze gorzej szło mi ze strzelaniem. Ani razu nie trafiłam choćby w krawędź tarczy.
-Strzelałaś kiedyś z łuku?- zapytał.
Przecząco kiwnęłam głową. Wziął ode mnie łuk i pokazał dokładnie, jak strzelać. Oddał mi broń i powiedział:
-Dasz radę.
Ustałam z powrotem na miejscu. Powtórzyłam to, co przed chwilą zrobił Jake. Złapałam za cięciwę, a nie za strzałę podczas celowania i po paru nieudolnych próbach trafiłam w sam środek.
-Całkiem nieźle. Może teraz spróbujemy ze sztyletami?- zaproponował.
-Okay- odpowiedziałam.
Wręczył mi sztylet. Na początku wyżywałam się trochę na drzewie. Szło mi odrobinę lepiej niż z łukiem. Po paru chwilach Jake powiedział:
-Pamiętaj, że ludzie to nie drzewa. Nie będą stać nieruchomo. Teraz poćwicz trochę ze mną.
Spojrzałam na niego błagająco. Nie chciałam z nim walczyć. Skompromitowałabym się. Nic nie umiałam w przeciwieństwie do niego.
-Nie bój się. Jakby co, to przecież obok nas jest woda. To może ja zacznę?- spytał.
-Okay- odpowiedziałam.
Zamachnął się sztyletem milimetry od mojej twarzy. Cofałam się. Jake ciągle wymachiwał sztyletem.
-No dalej! Nikt przecież nie będzie czekał, żeby cię zabić! Walcz!- krzyknął.
Wściekłam się. Nie tylko broniłam się, ale zaczęłam też atakować. Co jakiś czas Jake trafiał mnie sztyletem w rękę lub w nogę. Rany strasznie mnie piekły, ale i tak nie przestawał napierać. Miał rację. Nikt nie będzie zwlekać z zabiciem mnie. Czas wziąć się w garść. Atakowałam, jak tylko mogłam. Niestety ciągle udawało mu się uskoczyć przed sztyletem.
Zauważyłam, że nie osłaniał nóg. W pewnym momencie udało mi się. Dźgnęłam go w nogę. Natychmiast cofnął się i przewrócił o kamień wystający z ziemi. Miałam jedną szansę. Podeszłam do niego. Jego sztylet leżał na ziemi. Nie miał jak się bronić. Podeszłam bliżej i przyłożyłam mu sztylet do gardła. Zdziwił się.
-Myślałem, że nie dasz rady- powiedział.
-Myliłeś się- odpowiedziałam łapiąc oddech.
Usiadłam na ziemi obok niego. Nie mogłam stać. Rany strasznie mnie piekły. Po chwili Jake odezwał się:
-Chyba lepiej idzie ci ze sztyletem.
-Chyba tak- odpowiedziałam.
-Mocno oberwałaś?- zapytał, uważnie mi się przyglądając.
Nic nie odpowiedziałam. Powstrzymywałam łzy. Na lewej ręce miałam całkiem sporą ranę. Na prawej nodze tak samo.
-Powiesz mi, dlaczego tak starałaś się unikać Will’a?- zapytał.
-Miałam sen. Był tam on, Maja i dwie dziewczyny. Usłyszałam ich rozmowę. Mówili „To na pewno ona”. Sprzeczali się przez chwilę, aż w końcu mnie usłyszeli. Uciekałam, ale Will mnie dorwał. Zamknęli mnie w tej samej celi, w której znalazłam ciebie. Wydostałam się za pomocą mocy- wytłumaczyłam.
-Widzieli, jak to robisz?- spytał.
-Nie- odpowiedziałam.
-Musisz na nich uważać. Jestem pewny, że mówili o tobie- powiedział.
-Starałam się unikać Will’a, ale… nie wyszło- odpowiedziałam.
-Nie mówmy już o tym mówić. Dobrze?- zapytał.
-Dobrze- powiedziałam.
Podszedł do mnie z kroplą wody i zaczął leczyć moje rany. Po chwili nie miałam ani jednego zadrapania. Zaczął leczyć swoją nogę. Ciągle męczyła mnie jedna rzecz.
-Dlaczego tak zareagowałeś?- zapytałam.
-Ale kiedy?- odpowiedział.
Próbował się wykręcić. Nie dałam mu tej satysfakcji.
-W parku. Byłeś wściekły. Dlaczego?- zapytałam.
Nie odzywał się. Unikał mojego wzroku.
-Jake, proszę, powiedz, co się dzieje?- pytałam.
-Rose…- mówił, lecz zatrzymał się na chwilę. Po chwili dodał- Nie wiem. Byłem zły. Po prostu…
Zatrzymał się. Mówił tak, jakby każde słowo sprawiało mu ból. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. Po chwili pochylił się i pocałował mnie.
-Podobasz mi się- szepnął mi do ucha.
Zamarłam w bezruchu, tak jak wtedy, kiedy Will powiedział mi to samo. Nie wierzyłam w to, co się dzieje. Jake cofnął się i patrzył na mnie. Liczył, że coś powiem, albo dam jakiś znak. Tak się nie stało. Patrzyłam przed siebie.
-Przepraszam. Nie powinienem- zaczął.
-Nic się nie stało- odpowiedziałam.
-Nie zdziwię się, jeżeli nie będziesz chciała tu dłużej ze mną siedzieć- powiedział.
-Nie o to chodzi. Po prostu… Trudno to wytłumaczyć. Po tym, co powiedział Will… Trochę głupio się czuję- mówiłam.
-Jeżeli nie czujesz do mnie tego, co ja do ciebie to po prostu powiedz- zawiadomił.
-Po raz pierwszy od długiego czasu komuś zaufałam. Przy tobie czuję się szczęśliwa. Czuję to, co ty- odpowiedziałam.
Uśmiechnął się i pocałował mnie. Poszliśmy z powrotem do jego domu. Przed drzwiami wejściowymi Jake powiedział:
-Nie musisz bać się Willa. Będę przy tobie cały czas.
-Dziękuję- odpowiedziałam.
Po tych słowach zakręciło mi się w głowie. Przed oczami zrobiło mi się ciemno.
Znów ujrzałam trzy stwory. Stały, a raczej latały nade mną. Obraz zmienił się. Stałam ze sztyletem w ręce. Przy moich stopach leżał zakrwawiony Jake. Był martwy.
Znów przed oczami miałam zwykły hol. Miałam twarz mokrą od łez. Prawie upadłam na ziemię. Jake złapał mnie w ostatniej chwili i przyciągnął do siebie. Cała drżałam.
-Spokojnie. Jestem tu. Nie bój się- powiedział.
To mi nie pomogło. Płakałam cały czas. Nie mogłam wyrzucić z głowy martwego Jake’a.
Nie byłam w stanie ustać na własnych nogach. Jake zaniósł mnie do swojego pokoju. Gdy trochę się uspokoiłam, zapytał:
-Co zobaczyłaś?
-Trzy zjawy stały nade mną. Potem znikły. Stałam w labiryncie ze sztyletem. Na podłodze…- zatrzymałam się. Te słowa nie przechodziły mi przez gardło.
-Co takiego tam było?- spytał.
-Ty. Leżałeś martwy. To ja cię zabiłam- powiedziałam.
-Nigdy do tego nie dojdzie. Nie bój się- mówił, aby mnie uspokoić.
-Skąd możesz mieć pewność?!- powiedziałam desperacko.- Nie wiesz, co mogę zrobić! Ja tez nie wiem! A jeżeli do tego dojdzie?
Spojrzał na mnie smutno. Znów mnie pocałował.
-Kocham cię. Dlatego wiem. Wiem, że mnie nie zabijesz. Ufam ci jak nikomu innemu- powiedział.
Po tych słowach coś zaczęło się ze mną dziać. Nie wiem dokładnie, co. Nie mogłam oddychać. Walczyłam sama ze sobą o choćby odrobinę powietrza. Powoli traciłam przytomność.
-Rose!- usłyszałam rozpaczliwe wołanie Jake’a. Stał nade mną zupełnie przerażony. Straciłam przytomność.
Znów zobaczyłam trzy zjawy.
-Jesteś głupia, dziewczyno. Ostrzegałyśmy cię. Brniesz w to dalej. Przez swoją determinację stracisz tych, których kochasz- powiedziały chórem.
Znów zobaczyłam labirynt. Trzymałam sztylet w ręku. Jake jeszcze żył.
-Nie rób tego! Błagam!- jęczał żałośnie.
-Okłamywałeś mnie! Nigdy już nikogo nie skrzywdzisz!- głos wydobył się z moich ust. Nie panowałam nad swoim ciałem.
Podeszłam do Jake’a i wbiłam mu sztylet w serce. Podłoga zalała się krwią. Nie mogłam odwrócić wzroku od nieżywego chłopaka.
Otworzyłam oczy. Byłam okropnie słaba. Jake siedział na łóżku z głową ukrytą w dłoniach.
-Jake- powiedziałam ochrypłym głosem.
Odwrócił się to mnie. Twarz miał mokrą od łez, podobnie do mojej.
-Ty żyjesz- powiedział.
-Dlaczego miałabym nie żyć?- spytałam.
-Walczyłaś o oddech. Nagle przestałaś się ruszać. Nie oddychałaś- tłumaczył.
-Jednak żyję- odpowiedziałam.
-Błagam, nie rób mi tego więcej- powiedział.
-Spróbuję.
Tego dnia nie wróciłam do domu. Zadzwoniłam do mamy, że nie przyjadę do mieszkania. Zostałam na noc u Jake’a. Nie byłam na siłach wracać do domu, a już na pewno nie miałam ochoty tłumaczyć się z tego, co się stało.
Przy jednym z drzew leżało wielkie pudło. Jake podszedł i wyciągnął z niego łuk.
-Musisz wypróbować kilka broni. Później będziesz mogła mieć swoją- zawiadomił mnie.- Zacznijmy od łuku.
Podszedł i wręczył mi łuk. Zawiesił tarczę na drzewie i powiedział, żebym zaczęła strzelać. Miałam ogromny problem z założeniem strzały na cięciwę. Jeszcze gorzej szło mi ze strzelaniem. Ani razu nie trafiłam choćby w krawędź tarczy.
-Strzelałaś kiedyś z łuku?- zapytał.
Przecząco kiwnęłam głową. Wziął ode mnie łuk i pokazał dokładnie, jak strzelać. Oddał mi broń i powiedział:
-Dasz radę.
Ustałam z powrotem na miejscu. Powtórzyłam to, co przed chwilą zrobił Jake. Złapałam za cięciwę, a nie za strzałę podczas celowania i po paru nieudolnych próbach trafiłam w sam środek.
-Całkiem nieźle. Może teraz spróbujemy ze sztyletami?- zaproponował.
-Okay- odpowiedziałam.
Wręczył mi sztylet. Na początku wyżywałam się trochę na drzewie. Szło mi odrobinę lepiej niż z łukiem. Po paru chwilach Jake powiedział:
-Pamiętaj, że ludzie to nie drzewa. Nie będą stać nieruchomo. Teraz poćwicz trochę ze mną.
Spojrzałam na niego błagająco. Nie chciałam z nim walczyć. Skompromitowałabym się. Nic nie umiałam w przeciwieństwie do niego.
-Nie bój się. Jakby co, to przecież obok nas jest woda. To może ja zacznę?- spytał.
-Okay- odpowiedziałam.
Zamachnął się sztyletem milimetry od mojej twarzy. Cofałam się. Jake ciągle wymachiwał sztyletem.
-No dalej! Nikt przecież nie będzie czekał, żeby cię zabić! Walcz!- krzyknął.
Wściekłam się. Nie tylko broniłam się, ale zaczęłam też atakować. Co jakiś czas Jake trafiał mnie sztyletem w rękę lub w nogę. Rany strasznie mnie piekły, ale i tak nie przestawał napierać. Miał rację. Nikt nie będzie zwlekać z zabiciem mnie. Czas wziąć się w garść. Atakowałam, jak tylko mogłam. Niestety ciągle udawało mu się uskoczyć przed sztyletem.
Zauważyłam, że nie osłaniał nóg. W pewnym momencie udało mi się. Dźgnęłam go w nogę. Natychmiast cofnął się i przewrócił o kamień wystający z ziemi. Miałam jedną szansę. Podeszłam do niego. Jego sztylet leżał na ziemi. Nie miał jak się bronić. Podeszłam bliżej i przyłożyłam mu sztylet do gardła. Zdziwił się.
-Myślałem, że nie dasz rady- powiedział.
-Myliłeś się- odpowiedziałam łapiąc oddech.
Usiadłam na ziemi obok niego. Nie mogłam stać. Rany strasznie mnie piekły. Po chwili Jake odezwał się:
-Chyba lepiej idzie ci ze sztyletem.
-Chyba tak- odpowiedziałam.
-Mocno oberwałaś?- zapytał, uważnie mi się przyglądając.
Nic nie odpowiedziałam. Powstrzymywałam łzy. Na lewej ręce miałam całkiem sporą ranę. Na prawej nodze tak samo.
-Powiesz mi, dlaczego tak starałaś się unikać Will’a?- zapytał.
-Miałam sen. Był tam on, Maja i dwie dziewczyny. Usłyszałam ich rozmowę. Mówili „To na pewno ona”. Sprzeczali się przez chwilę, aż w końcu mnie usłyszeli. Uciekałam, ale Will mnie dorwał. Zamknęli mnie w tej samej celi, w której znalazłam ciebie. Wydostałam się za pomocą mocy- wytłumaczyłam.
-Widzieli, jak to robisz?- spytał.
-Nie- odpowiedziałam.
-Musisz na nich uważać. Jestem pewny, że mówili o tobie- powiedział.
-Starałam się unikać Will’a, ale… nie wyszło- odpowiedziałam.
-Nie mówmy już o tym mówić. Dobrze?- zapytał.
-Dobrze- powiedziałam.
Podszedł do mnie z kroplą wody i zaczął leczyć moje rany. Po chwili nie miałam ani jednego zadrapania. Zaczął leczyć swoją nogę. Ciągle męczyła mnie jedna rzecz.
-Dlaczego tak zareagowałeś?- zapytałam.
-Ale kiedy?- odpowiedział.
Próbował się wykręcić. Nie dałam mu tej satysfakcji.
-W parku. Byłeś wściekły. Dlaczego?- zapytałam.
Nie odzywał się. Unikał mojego wzroku.
-Jake, proszę, powiedz, co się dzieje?- pytałam.
-Rose…- mówił, lecz zatrzymał się na chwilę. Po chwili dodał- Nie wiem. Byłem zły. Po prostu…
Zatrzymał się. Mówił tak, jakby każde słowo sprawiało mu ból. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. Po chwili pochylił się i pocałował mnie.
-Podobasz mi się- szepnął mi do ucha.
Zamarłam w bezruchu, tak jak wtedy, kiedy Will powiedział mi to samo. Nie wierzyłam w to, co się dzieje. Jake cofnął się i patrzył na mnie. Liczył, że coś powiem, albo dam jakiś znak. Tak się nie stało. Patrzyłam przed siebie.
-Przepraszam. Nie powinienem- zaczął.
-Nic się nie stało- odpowiedziałam.
-Nie zdziwię się, jeżeli nie będziesz chciała tu dłużej ze mną siedzieć- powiedział.
-Nie o to chodzi. Po prostu… Trudno to wytłumaczyć. Po tym, co powiedział Will… Trochę głupio się czuję- mówiłam.
-Jeżeli nie czujesz do mnie tego, co ja do ciebie to po prostu powiedz- zawiadomił.
-Po raz pierwszy od długiego czasu komuś zaufałam. Przy tobie czuję się szczęśliwa. Czuję to, co ty- odpowiedziałam.
Uśmiechnął się i pocałował mnie. Poszliśmy z powrotem do jego domu. Przed drzwiami wejściowymi Jake powiedział:
-Nie musisz bać się Willa. Będę przy tobie cały czas.
-Dziękuję- odpowiedziałam.
Po tych słowach zakręciło mi się w głowie. Przed oczami zrobiło mi się ciemno.
Znów ujrzałam trzy stwory. Stały, a raczej latały nade mną. Obraz zmienił się. Stałam ze sztyletem w ręce. Przy moich stopach leżał zakrwawiony Jake. Był martwy.
Znów przed oczami miałam zwykły hol. Miałam twarz mokrą od łez. Prawie upadłam na ziemię. Jake złapał mnie w ostatniej chwili i przyciągnął do siebie. Cała drżałam.
-Spokojnie. Jestem tu. Nie bój się- powiedział.
To mi nie pomogło. Płakałam cały czas. Nie mogłam wyrzucić z głowy martwego Jake’a.
Nie byłam w stanie ustać na własnych nogach. Jake zaniósł mnie do swojego pokoju. Gdy trochę się uspokoiłam, zapytał:
-Co zobaczyłaś?
-Trzy zjawy stały nade mną. Potem znikły. Stałam w labiryncie ze sztyletem. Na podłodze…- zatrzymałam się. Te słowa nie przechodziły mi przez gardło.
-Co takiego tam było?- spytał.
-Ty. Leżałeś martwy. To ja cię zabiłam- powiedziałam.
-Nigdy do tego nie dojdzie. Nie bój się- mówił, aby mnie uspokoić.
-Skąd możesz mieć pewność?!- powiedziałam desperacko.- Nie wiesz, co mogę zrobić! Ja tez nie wiem! A jeżeli do tego dojdzie?
Spojrzał na mnie smutno. Znów mnie pocałował.
-Kocham cię. Dlatego wiem. Wiem, że mnie nie zabijesz. Ufam ci jak nikomu innemu- powiedział.
Po tych słowach coś zaczęło się ze mną dziać. Nie wiem dokładnie, co. Nie mogłam oddychać. Walczyłam sama ze sobą o choćby odrobinę powietrza. Powoli traciłam przytomność.
-Rose!- usłyszałam rozpaczliwe wołanie Jake’a. Stał nade mną zupełnie przerażony. Straciłam przytomność.
Znów zobaczyłam trzy zjawy.
-Jesteś głupia, dziewczyno. Ostrzegałyśmy cię. Brniesz w to dalej. Przez swoją determinację stracisz tych, których kochasz- powiedziały chórem.
Znów zobaczyłam labirynt. Trzymałam sztylet w ręku. Jake jeszcze żył.
-Nie rób tego! Błagam!- jęczał żałośnie.
-Okłamywałeś mnie! Nigdy już nikogo nie skrzywdzisz!- głos wydobył się z moich ust. Nie panowałam nad swoim ciałem.
Podeszłam do Jake’a i wbiłam mu sztylet w serce. Podłoga zalała się krwią. Nie mogłam odwrócić wzroku od nieżywego chłopaka.
Otworzyłam oczy. Byłam okropnie słaba. Jake siedział na łóżku z głową ukrytą w dłoniach.
-Jake- powiedziałam ochrypłym głosem.
Odwrócił się to mnie. Twarz miał mokrą od łez, podobnie do mojej.
-Ty żyjesz- powiedział.
-Dlaczego miałabym nie żyć?- spytałam.
-Walczyłaś o oddech. Nagle przestałaś się ruszać. Nie oddychałaś- tłumaczył.
-Jednak żyję- odpowiedziałam.
-Błagam, nie rób mi tego więcej- powiedział.
-Spróbuję.
Tego dnia nie wróciłam do domu. Zadzwoniłam do mamy, że nie przyjadę do mieszkania. Zostałam na noc u Jake’a. Nie byłam na siłach wracać do domu, a już na pewno nie miałam ochoty tłumaczyć się z tego, co się stało.
sobota, 31 stycznia 2015
Rozdział 6
Znów znalazłam się w okropnym labiryncie tylko, że w tej części jeszcze nie byłam. Zabrałam lampę naftową i ruszyłam w drogę. Wiem, że mogłam równie dobrze użyć mocy, ale nie chciałam ryzykować tego, że ktoś to zobaczy.
Szłam dalej. Po chwili usłyszałam przeraźliwy krzyk. Pobiegłam w stronę odgłosu.
Wychyliłam się za róg ściany, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Stał tam blondyn i trzy dziewczyny. Rozmawiali ze sobą. Od razu poznałam, że był to Will. Podsłuchałam kawałek rozmowy.
-Jesteś pewny?- spytała rudowłosa dziewczyna.
-Już ci mówiłem. To na pewno ona. Musimy tylko dać jej do zrozumienia, kim jest- powiedział Will.
-A skąd możesz wiedzieć, że już się tego nie dowiedziała? Kiedy ją ostatnio widziałeś?- zaprzeczała blondynka.
-Alex, błagam. Nie uprzedzaj faktów. Czy już wie, czy nie i tak musimy przekonać ją to tego, żeby do nas dołączyła. Nie możemy pozwolić, żeby stało się to, co ostatnio- powiedział Will, po czym dodał- Maja, masz coś do powiedzenia?
-Maja- szepnęłam.
-„Nie, to nie mogła być Maja, którą znam”- pomyślałam.
Po chwili głosy ucichły.
-Słyszeliście to?- zapytała Alex.
Usłyszałam, jak zbliżali się w moją stronę. Znaleźli mnie.
Patrzyłam teraz w wystraszone oczy całej czwórki.
-Rose, co ty tu…- zaczęła Maja.
Nie dokończyła. Biegłam z lampą jak najdalej od nich.
-Szybko!- usłyszałam za sobą.
Ktoś złapał mnie za ramię. Will. Dogonił mnie.
-Puszczaj!- wrzasnęłam.
Nic to nie dało. Zacisnął mocniej rękę na moim ramieniu.
-Nie wyrywaj się- powiedział.
-Skąd się tu wzięła?!- zapytała rudowłosa dziewczyna.
-Może ją zwiążemy i dopiero pogadamy? Na serio. Ciężko jest ją utrzymać w miejscu- powiedział Will.
-Puśćcie mnie!- krzyknęłam.
-Co robimy?- zapytała Alex.
-Zamknijmy ją w tym lochu. Może wtedy się uspokoi- powiedziała rudowłosa.
-Nie ma mowy Victoria- zaprzeczyła Maja.
-A mamy lepszy plan? Chyba nie- powiedział Will.
Weszliśmy do lochu, w którym przedtem siedział Jake. Zapięli mnie w łańcuchy. Maja została, a pozostali wyszli. Nie mogłam na nią patrzeć.
-Przepraszam. Nie chciałam, żeby tak wyszło- powiedziała, po czym zniknęła za drzwiami.
-„Mam przecież moc. Za pomocą ognia mogłabym stopić łańcuchy”- pomyślałam.
Udało się. Roztopiłam je. Nikt nie pilnował celi, więc spokojnie wyszłam.
Zaczęłam biec przed siebie, jak najdalej od nich.
Coś, a raczej ktoś, wyszedł zza rogu. Znowu Will.
-Dokąd się wybierasz?- powiedział.
-Dlaczego mnie zamknęliście?! Kim jesteście i co się tu dzieje?!- krzyknęłam.
-Musiałaś się uspokoić. Nie było wyjścia. Dlaczego tam stałaś?- powiedział.
-Szłam i nagle was usłyszałam- odpowiedziałam.
-Nie jestem głupi, Rose. Skąd się tu wzięłaś?!- krzyknął na mnie.
-A skąd mam to wiedzieć?!- powiedziałam.
Pamiętałam, przed czy ostrzegał mnie Jake. Nie mogłam ufać ludziom.
Will był zdenerwowany. Po chwili powiedział:
-Zejdź mi z oczu. Natychmiast.
-Z przyjemnością!- krzyknęłam rozwścieczona.
Odeszłam tak szybko, jak mogłam. Biegłam w ciemność.
To znowu był okropny sen.
Wstałam i przetarłam twarz całą mokrą od potu.
Wiem, że sny ludzi takich jak ja są w pewnym sensie prawdą, ale wciąż nie mogłam uwierzyć w to, że Maja była z nimi.
Jake czekał na mnie pod szkołą. Ashley zerkała na niego co chwilę. Chłopak podbiegł do mnie i ucałował mnie w czoło. Ashley zrobiła się czerwona, gdy to zobaczyła.
-Co się stało?- zapytał, gdy zobaczył moją minę.
-Zły sen. To nic takiego…- przerwałam, bo w tym momencie zobaczyłam Willa.
-Nie możliwe- powiedział Jake.- Znasz go?
Wskazał na blondyna. Chciałam powiedzieć, że nie, ale nie mogłam go okłamać.
-To Will- mówiłam, a chłopak szedł w naszą stronę.
Po chwili stał już przy nas.
-Rose, musimy pogadać- powiedział.
-Jake, chodźmy już- spojrzałam na niego błagająco.
Poszedł ze mną na lekcje. Przez cały dzień unikałam Will’a, jak tylko mogłam. Niestety pech chciał, że po ostatniej lekcji, gdy poszłam odnieść książki do szafki, w końcu Will mnie dorwał.
-Daj mi szansę. Proszę- wziął mnie za ramię i wyprowadził ze szkoły, nie dając mi czasu na zastanowienie.
-Nie chciałem, żeby tak wyszło. Wolałbym wytłumaczyć ci wszystko od początku, ale nie tutaj. Jesteś w niebezpieczeństwie- powiedział.
-Zostaw mnie w spokoju. Nigdzie z tobą nie pójdę. A jeśli nawet, to niby dlaczego chcesz mnie ostrzec?- zapytałam.
-Od samego początku wydawałaś mi się inna. Byłaś spokojna i niby taka cicha- zamilkł na chwilę, po czym dodał ciszej- Podobasz mi się, Rose.
Zamurowało mnie. Wyciągnął rękę ku mojej twarzy i już chciał mnie pocałować, gdy kątem oka zobaczyłam Jake’a. Był wściekły i biegł do nas. Nasze usta dzieliły milimetry. Byłam zbyt zszokowana, aby nawet się ruszyć.
Jake oderwał go ode mnie z furią w oczach.
-Zostaw ją!- wrzasnął choć nie było to konieczne.
Will odsunął się ode mnie i posłał Jake’owi wściekłe spojrzenie.
-Masz trzy sekundy, żeby stąd odejść- powiedział Jake.
Will odszedł natychmiast. Jake trochę się uspokoił.
-Wszystko okay?- zapytał.
-Chyba tak- odpowiedziałam.
-Jak to się stało?- spytał.
Opowiedziałam mu wszystko, od wyjścia ze szkoły, od tego momentu.
-Trzeba mieć go na oku. Może być jednym z nich- powiedział.
-Wiem- odpowiedziałam i po chwili dodałam- Jake…ja…nie wiem, jak to się stało… przepraszam.
Spojrzał na mnie. Nie był zły, tylko smutny.
-Spokojnie. To przecież nie twoja wina. Nie jestem na ciebie zły- powiedział.
Przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Po raz kolejny czułam się, jakby świat nie istniał. Byliśmy tylko ja i on.
Odsunął się ode mnie i powiedział;
-Gotowa?
-Na co?- spytałam zaskoczona.
-Na trening. Miałem nauczyć cię, jak się bronić bez użycia mocy- powiedział.
-Zupełnie zapomniałam- odpowiedziałam.
-Więc jak? Idziesz, czy zostajesz?- zapytał.
-Idę- odpowiedziałam.
Szłam dalej. Po chwili usłyszałam przeraźliwy krzyk. Pobiegłam w stronę odgłosu.
Wychyliłam się za róg ściany, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Stał tam blondyn i trzy dziewczyny. Rozmawiali ze sobą. Od razu poznałam, że był to Will. Podsłuchałam kawałek rozmowy.
-Jesteś pewny?- spytała rudowłosa dziewczyna.
-Już ci mówiłem. To na pewno ona. Musimy tylko dać jej do zrozumienia, kim jest- powiedział Will.
-A skąd możesz wiedzieć, że już się tego nie dowiedziała? Kiedy ją ostatnio widziałeś?- zaprzeczała blondynka.
-Alex, błagam. Nie uprzedzaj faktów. Czy już wie, czy nie i tak musimy przekonać ją to tego, żeby do nas dołączyła. Nie możemy pozwolić, żeby stało się to, co ostatnio- powiedział Will, po czym dodał- Maja, masz coś do powiedzenia?
-Maja- szepnęłam.
-„Nie, to nie mogła być Maja, którą znam”- pomyślałam.
Po chwili głosy ucichły.
-Słyszeliście to?- zapytała Alex.
Usłyszałam, jak zbliżali się w moją stronę. Znaleźli mnie.
Patrzyłam teraz w wystraszone oczy całej czwórki.
-Rose, co ty tu…- zaczęła Maja.
Nie dokończyła. Biegłam z lampą jak najdalej od nich.
-Szybko!- usłyszałam za sobą.
Ktoś złapał mnie za ramię. Will. Dogonił mnie.
-Puszczaj!- wrzasnęłam.
Nic to nie dało. Zacisnął mocniej rękę na moim ramieniu.
-Nie wyrywaj się- powiedział.
-Skąd się tu wzięła?!- zapytała rudowłosa dziewczyna.
-Może ją zwiążemy i dopiero pogadamy? Na serio. Ciężko jest ją utrzymać w miejscu- powiedział Will.
-Puśćcie mnie!- krzyknęłam.
-Co robimy?- zapytała Alex.
-Zamknijmy ją w tym lochu. Może wtedy się uspokoi- powiedziała rudowłosa.
-Nie ma mowy Victoria- zaprzeczyła Maja.
-A mamy lepszy plan? Chyba nie- powiedział Will.
Weszliśmy do lochu, w którym przedtem siedział Jake. Zapięli mnie w łańcuchy. Maja została, a pozostali wyszli. Nie mogłam na nią patrzeć.
-Przepraszam. Nie chciałam, żeby tak wyszło- powiedziała, po czym zniknęła za drzwiami.
-„Mam przecież moc. Za pomocą ognia mogłabym stopić łańcuchy”- pomyślałam.
Udało się. Roztopiłam je. Nikt nie pilnował celi, więc spokojnie wyszłam.
Zaczęłam biec przed siebie, jak najdalej od nich.
Coś, a raczej ktoś, wyszedł zza rogu. Znowu Will.
-Dokąd się wybierasz?- powiedział.
-Dlaczego mnie zamknęliście?! Kim jesteście i co się tu dzieje?!- krzyknęłam.
-Musiałaś się uspokoić. Nie było wyjścia. Dlaczego tam stałaś?- powiedział.
-Szłam i nagle was usłyszałam- odpowiedziałam.
-Nie jestem głupi, Rose. Skąd się tu wzięłaś?!- krzyknął na mnie.
-A skąd mam to wiedzieć?!- powiedziałam.
Pamiętałam, przed czy ostrzegał mnie Jake. Nie mogłam ufać ludziom.
Will był zdenerwowany. Po chwili powiedział:
-Zejdź mi z oczu. Natychmiast.
-Z przyjemnością!- krzyknęłam rozwścieczona.
Odeszłam tak szybko, jak mogłam. Biegłam w ciemność.
To znowu był okropny sen.
Wstałam i przetarłam twarz całą mokrą od potu.
Wiem, że sny ludzi takich jak ja są w pewnym sensie prawdą, ale wciąż nie mogłam uwierzyć w to, że Maja była z nimi.
Jake czekał na mnie pod szkołą. Ashley zerkała na niego co chwilę. Chłopak podbiegł do mnie i ucałował mnie w czoło. Ashley zrobiła się czerwona, gdy to zobaczyła.
-Co się stało?- zapytał, gdy zobaczył moją minę.
-Zły sen. To nic takiego…- przerwałam, bo w tym momencie zobaczyłam Willa.
-Nie możliwe- powiedział Jake.- Znasz go?
Wskazał na blondyna. Chciałam powiedzieć, że nie, ale nie mogłam go okłamać.
-To Will- mówiłam, a chłopak szedł w naszą stronę.
Po chwili stał już przy nas.
-Rose, musimy pogadać- powiedział.
-Jake, chodźmy już- spojrzałam na niego błagająco.
Poszedł ze mną na lekcje. Przez cały dzień unikałam Will’a, jak tylko mogłam. Niestety pech chciał, że po ostatniej lekcji, gdy poszłam odnieść książki do szafki, w końcu Will mnie dorwał.
-Daj mi szansę. Proszę- wziął mnie za ramię i wyprowadził ze szkoły, nie dając mi czasu na zastanowienie.
-Nie chciałem, żeby tak wyszło. Wolałbym wytłumaczyć ci wszystko od początku, ale nie tutaj. Jesteś w niebezpieczeństwie- powiedział.
-Zostaw mnie w spokoju. Nigdzie z tobą nie pójdę. A jeśli nawet, to niby dlaczego chcesz mnie ostrzec?- zapytałam.
-Od samego początku wydawałaś mi się inna. Byłaś spokojna i niby taka cicha- zamilkł na chwilę, po czym dodał ciszej- Podobasz mi się, Rose.
Zamurowało mnie. Wyciągnął rękę ku mojej twarzy i już chciał mnie pocałować, gdy kątem oka zobaczyłam Jake’a. Był wściekły i biegł do nas. Nasze usta dzieliły milimetry. Byłam zbyt zszokowana, aby nawet się ruszyć.
Jake oderwał go ode mnie z furią w oczach.
-Zostaw ją!- wrzasnął choć nie było to konieczne.
Will odsunął się ode mnie i posłał Jake’owi wściekłe spojrzenie.
-Masz trzy sekundy, żeby stąd odejść- powiedział Jake.
Will odszedł natychmiast. Jake trochę się uspokoił.
-Wszystko okay?- zapytał.
-Chyba tak- odpowiedziałam.
-Jak to się stało?- spytał.
Opowiedziałam mu wszystko, od wyjścia ze szkoły, od tego momentu.
-Trzeba mieć go na oku. Może być jednym z nich- powiedział.
-Wiem- odpowiedziałam i po chwili dodałam- Jake…ja…nie wiem, jak to się stało… przepraszam.
Spojrzał na mnie. Nie był zły, tylko smutny.
-Spokojnie. To przecież nie twoja wina. Nie jestem na ciebie zły- powiedział.
Przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Po raz kolejny czułam się, jakby świat nie istniał. Byliśmy tylko ja i on.
Odsunął się ode mnie i powiedział;
-Gotowa?
-Na co?- spytałam zaskoczona.
-Na trening. Miałem nauczyć cię, jak się bronić bez użycia mocy- powiedział.
-Zupełnie zapomniałam- odpowiedziałam.
-Więc jak? Idziesz, czy zostajesz?- zapytał.
-Idę- odpowiedziałam.
sobota, 24 stycznia 2015
Rozdział 5
Ten dzień był
najlepszy. Chciałabym, żeby ta chwila trwała wiecznie. Niestety tak się nie
stało.
Jake
wypuścił mnie z swych objęć. W dłoni wciąż trzymałam wodną różę. Coś było nie
tak. Róż powinna zamienić się z powrotem w zwykłą wodę i zlecieć na ziemię. Tak
się nie stało.
-Ale jak…- wyjąkałam.
-A jednak- powiedział Jake.
-Co?! Co jednak?!- spytałam przerażona.
Spojrzał
na mnie łagodniej.
-Woda-zawiadomił mnie.- Choć myślałem, że to będzie raczej
ogień lub ziemia, ale jak widać, myliłem się.
To
niemożliwe. Co się ze mną dzieje?! Nie. To tylko zły sen. Nie mogę być jedną z
nich.
-Spokojnie- powiedział Jake.
Chciałam
uciec od niego i od tego miejsca jak najdalej.
Upuściłam różę, która
zamieniła się w zwykłą kałużę. Odwróciłam się i zaczęłam biec, przed siebie,
jak najdalej mogłam.
Usłyszałam za sobą zbliżające
się kroki. Ktoś złapał mnie za rękę. Jake. Byłam okropnie zła.
-Zostaw mnie!- krzyknęłam.
Machnęłam
rękoma w tył, tak aby mnie puścił, i żeby odepchnąć go od siebie.
Usłyszałam
okropny hałas. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak wiatr porwał Jake’a wysoko w
górę. Po chwili chłopak spadł na ziemię i uderzył głową o pień drzewa.
Spojrzałam
na swoje ręce. To byłam ja. Ale przecież to nie możliwe. Jake powiedział, że
moim żywiołem jest woda, a nie powietrze. Nagle oprzytomniałam.
-Jake!- krzyknęłam.
Podbiegłam
do niego. Wyglądał jak trup. Nie chciałam go zabić. Byłam zła, ale nie aż tak.
-Jake! Co ja zrobiłam?!- mówiłam ze łzami w oczach.- Proszę…
Jake… wstań… błagam.
Usłyszałam
okropny kaszel. Na szczęście chłopak się obudził.
-Rose- powiedział słabym głosem.
-Jake… przepraszam… nie chciałam…- próbowałam mówić ze
łzami spływającymi po policzkach.
-Ciągle
leżał na ziemi. Po chwili jednak odezwał się:
-Nic się nie stało. To nie twoja wina. Zresztą nie wiedziałaś.
I tak należało mi się.
Łzy, jak
wodospad, spływały po mojej twarzy. Jake z trudem oparł się o drzewo.
Wyciągnął
rękę ,położył ją na mojej twarzy i przyciągnął do siebie. Jego usta pochyliły
się ku moim. Uspokoiłam się. Chciałam z nim tu być przez cały czas, ale nie
mogłam. Nie po tym, co mu zrobiłam. Odsunęłam się od niego. Nie był zły.
-Nic mi nie jest. Nie bój się nic ci nie zrobię-
powiedział.
-Ale…-zaczęłam, ale nie skończyłam, bo Jake znów przysunął mnie
do siebie, a nasze wargi zetknęły się ze sobą.
Spędziliśmy
tak kilka minut, ale w końcu Jake powiedział:
-Chodźmy.
-Dobrze- odpowiedziałam.
Jake wstał
powoli, ale skrzywił się i oparł o pień drzewa. Nie mogłam tak na niego patrzeć.
Pomogłam mu przejść ten kawałek.
Poszliśmy
znów nad jezioro. Usiadł na piasku. Wtedy zauważyłam coś niepokojącego.
Podeszłam do niego i przyjrzałam się jego koszulce. Moje obawy potwierdziły
się. Był ranny i krwawił.
-Zdejmij koszulkę- powiedziałam. Przyglądał mi się błagająco,
ale i tak się nie ugięłam.- No dalej.
Pomogłam
mu ją zdjąć. Miał okropną ranę na boku. To wszystko moja wina.
Nagle coś przyszło mi do głowy.
-Zaraz wracam. Nie ruszaj się- powiedziałam.
Podeszłam
do jeziora i nabrałam trochę wody. Nie wychodziło mi, ale w końcu uformowałam
kroplę, podobną do tej, którą zrobił Jake. Podeszłam do niego i już zorientował
się, co chcę zrobić.
-Rose, nie rób tego. To niebezpieczne. Zresztą nic mi nie
jest- powiedział.
Nie
słuchałam go. Uklękłam przy nim i przyłożyłam kroplę do rany. Skupiłam się i po
chwili woda zabłysnęła niebieską poświatą. Kręciło mi się w głowie, ale nie
przerywałam. Jake próbował mnie powstrzymać. Nie zwracałam na niego uwagi, bo
widziałam, że rana powoli znika. Widziałam, że sprawia mu to ból. Chciałam go
wyleczyć, więc nie mogłam przestać.
Po kilku
minutach rana całkiem zniknęła. Nie mogłam ustać na nogach. Przewróciłam się,
ale nie straciłam przytomności. Serce biło mi bardzo szybko.
Nad sobą
zauważyłam Jake’a. Patrzył na mnie smutnym wzrokiem. Pomógł mi usiąść.
-Jesteś strasznie uparta- powiedział.
-Musiałam to zrobić- mówiłam.- Ale ciągle nie rozumiem.
-Chodzi o ten wiatr?- zapytał.
-Tak. Mówiłeś, że moim żywiołem jest woda.
-Są pewne osoby, które mogą kontrolować dwa lub trzy
żywioły naraz- tłumaczył.- Do tej pory było niewielu, którzy kontrolowali
wszystkie cztery. Musimy się dowiedzieć, ile żywiołów kontrolujesz. To bardzo
ważne.
Zamyślił
się po chwilę, po czym przyniósł nasiono i powiedział:
-Skoncentruj się i spróbuj zrobić coś, żeby z tego nasiona
wyrosła jakaś roślina. Tylko powoli, nie denerwuj się.
Zrobiłam
to, co powiedział. Skupiłam się i po chwili z nasiona wyrosła mała roślinka.
-To już trzy. Jeszcze jeden do sprawdzenia. Jesteś
gotowa?-zapytał.
Skinęłam
głową na znak, że się zgadzam.
Wstaliśmy.
Jake poszedł po kilka patyków i ustawił je na piasku. Wziął wielką kroplę wody
i podszedł do mnie.
-Wiesz, co robić. Będę tu w razie, gdyby coś się stało-
powiedział.
Tak, jak
ostatnio, skupiłam się. Po kilku minutach ciągle nic się nie stało. Gdy już
miałam się poddać, z gałęzi wystrzelił ogień. Był większy ode mnie.
Jake
zgasił ogień i podszedł do mnie. Źle się czułam. Kręciło mi się w głowie, a
nogi odmawiały posłuszeństwa. Przed oczami zrobiło mi się ciemno. Już miałam
upaść, ale w ostatniej chwili Jake złapał mnie.
Zemdlałam.
Gdy się obudziłam, Jake
siedział obok mnie i ciągle mnie obserwował.
-Dobrze się czujesz?- zapytał.
-Chyba tak. Co się stało?- spytałam.
-Cztery. Kontrolujesz cztery żywioły. Od wielu lat nie
spotkano takiej osoby- tłumaczył.
-Czy to źle?- zapytałam.
-I to bardzo. Musisz bardzo uważać. Nie możesz używać mocy
przy ludziach. Nie wiemy, kto jest kim. Najlepiej udawaj, że nic nie wiesz o
żywiołach. W każdej chwili mogą po ciebie przyjść-mówił.
-A co jeżeli przyjdą, kimkolwiek oni są? Jak mam się
bronić?
-Nauczę cię wszystkiego, co może ci się przydać-
odpowiedział.
-Dobrze, ale możesz mi powiedzieć, co to za jedni, na których mam uważać?- spytałam
-Nie wiem, jak ich nazwać. Są to ludzie, którzy, gdy tylko podejrzewają
u kogoś moc, obserwują ją przez cały czas. Jeżeli ich podejrzenia się sprawdzą,
zabierają tą osobę. Zawsze mówią „to dla twojego dobra”, ale wiesz co? Wolałbym
siedzieć w tamtym lochu, niż spotkać którekolwiek z nich jeszcze raz-
powiedział.
-A oni… znaleźli cię?- spytałam.
-Tak. Są okropni. Szkolą cię, abyś słuchała ich i spełniała
rozkazy. Musisz na siebie uważać. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby cię złapali.
Obiecaj mi, że nie będziesz ładować się w tarapaty- powiedział.
-Obiecuję, a przynajmniej spróbuję- powiedziałam.
-Nie chcę, żebyś wpadła w ich sidła- mówił.
-Niedługo będzie ciemno, a ty jesteś jeszcze zbyt słaba,
żeby sama chodzić. Trzymaj się mocno- powiedział.
Założył
koszulkę, uśmiechnął się i podniósł mnie.
-Dam radę chodzić- zaprotestowałam.
-Dobra. Zobaczymy- powiedział.
Postawił
mnie na ziemi, a ja natychmiast się przewróciłam. Tym razem miał rację.
Śmiał się,
ale i tak podniósł mnie i zaniósł do swojego domu. Gdy byliśmy w środku,
powiedział:
-A nie mówiłem?
-Dobra. Miałeś rację- przyznałam.
Posadził
mnie na swoim łóżku. Na szczęście mogłam siedzieć. Pochylił się nade mną i jego
usta znów znalazły się przy moich.
Nie wiem,
ile czasu tam siedzieliśmy.
Gdy już
odzyskałam czucie w nogach, Jake odprowadził mnie do domu, pocałował mnie w
policzek na pożegnanie i powiedział:
-Do jutra. Będę czekał na ciebie przed szkołą. Uważaj na
siebie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)